Wytrwałość

WYTRWAŁOŚĆ

 

            Wytrwałość wielkich ludzi

            Wertując autobiografie i zbiory wypowiedzi czy myśli ludzi, których świat nazywa wielkimi, zauważa się, że wypracowali i zdobyli oni sobie szczególnie jedną właściwość czy cechę – wytrwałość. Wierzyć się po prostu niekiedy nie chce, że tak sławiona i zarzucana zaszczytami Maria Curie Skłodowska, pierwszy na świecie gram radu, uzyskała nie z czystej rudy uranowej, ale z tzw. blendy uranowej, czyli odpadków przerobionego już surowca podłego, niskoprocentowego, gatunku rudy czeskiej. Żmudny wieloletni jej wysiłek nad procesem krystalizacji radu, odbywał się nie we wspaniałych laboratoriach uniwersyteckich, lecz w nędznie urządzonej, wydzierżawionej za własne pieniądze szopie, gdzie dokuczało jej i zimno i wilgoć i brak aparatów. A jednak Skłodowska osiągnęła swój cel, a osiągnęła go dzięki swej żelaznej wytrwałości.

Właściwie każdy z uczonych, artystów, pisarzy, muzyków, to bez przesady nic innego, jak geniusz wytrwałości. Wątpić należy czy np. któryś z tych, którzy piszą łatwo i szybko, chciałby tydzień przesiedzieć nad stronicą powieści, a czynił to jednak klasyk francuskiej prozy Flaubert. Do przyjemności chyba się nie zalicza, nawet w wypadkach szczególnego zainteresowania, po kilka tysięcy razy powtórzona obserwacja mikroskopowa rozwoju grzybka pleśni. Zdobył się na to wszakże uczony angielski Flamming i dał światu pencylinę.

Oczywiście to wszystko nie dzieje się na oczach świata. On się nie orientuje, że poza drzwiami laboratoriów i pracowni rozgrywają się samotne, niekiedy zespołowe walki, ze zniechęceniem, słabością, mołodusznością, z tymi wszystkimi właściwościami, którymi wyróżniają się ludzie, zdolni niestety, tylko do podziwu. Najczęściej zaciętość i skoncentrowanie tytanów wytrwałości i pracy zwyciężają, ale nie zawsze dane im jest oglądać owoc ich wytrwałości.

 

Odrębność nadprzyrodzonej wytrwałości

            Oddając cześć wszystkim znanym a szczególnie bezimiennym dobroczyńcom ludzkości za ich wytrwałość, trzeba podkreślić, że nie osiągnęli, poza wyjątkami, cnoty wytrwałości. Ta bowiem mieści się poza ramami świata i doczesności, biorąc swój początek z Boga i odnosząc się w pierwszym rzędzie, tylko do nadprzyrodzoności.

 

Cnota wytrwałości

Czym jest ta cnota wytrwałości ? Jest ona związką sił naturalnych, które uszlachetnione i stopione w jedno przez łaskę Bożą, pozwalają nam mimo wszystkich naporów ze strony szatana, świata i naszej skażonej natury, stać wiernie, nieustępliwie i konsekwentnie przy Bogu i Jego sprawach tu na ziemi.

A więc cnota wytrwałości to nie własny wysiłek, wola czy upór osiągnięcia czegoś w dziedzinie nadprzyrodzonej, ale to również nie wszystko mogąca  łaska. W zdobyciu i realizowaniu tej cnoty, Bóg i człowiek muszą współdziałać, podać sobie jakby ręce. Jeżeli przyrodzoność, naturalne wysiłki ludzi zmierzające do osiągnięcia wyznaczonych sobie samorzutnie celów, wymagają heroicznej wprost wytrwałości, to nieskończenie prawie więcej, trzeba jej posiadać, ujętej już w cnocie wytrwałości w stosunku do celów nadprzyrodzonych.

„Kto wytrwa zbawion będzie”. Ta niewzruszona zasada Pisma Św. zachowuje zawsze swoją obowiązującą moc. „Kto wytrwa aż do końca”. Te słowa nie są nam przyjemne. Każdy bowiem, kto uświadamia sobie, ile z siebie musi dać, ile musi się namęczyć aby osiągnąć to i owo w życiu codziennym, lęka się czy wytrwa zawsze i wszędzie przy Chrystusie i Jego Ewangelii.

 

Wytrwałość wiary

            Starając się wytrwale o zdobycie jakiejś umiejętności, czy o rozwiązanie jakiegoś problemu, możemy dostrzegać przynajmniej częściowe rezultaty czy sukcesy. One zaś pobudzają nas do dalszej, wzmożonej i ochotniejszej pracy.

W sprawach Bożych jednakże ogarnia nas zawsze mrok tajemnicy. Tutaj od początku aż do końca naszej drogi życiowej kroczymy, po ludzku mówiąc, w ciemnościach, po omacku. To zaś nie jest łatwe dla nas, dzieci XX wieku, który nie cierpi tajemnic i śmiało wdziera się w tajniki przyrody a nawet w ducha ludzkiego. Dlatego też wiara, tak mało pozwalająca nam wniknąć w Boga, nie ostoi się bez cnoty wytrwałości.

Trzeba nam być wytrwałymi w wierze, nieustannie, przy każdej okazji, zwłaszcza w okolicznościach ciężkich, sprzeciwiających się rozumowi i rozsądkowi. Opowiada Stary Testament, że Mojżesz, ten olbrzym wiary, załamał się w czasie 40 – letniego pochodu po pustyni, zwątpił w potęgę Bożą, mimo, że był świadkiem tylu urągając naturze cudów. Trudne warunki, otoczenie słabe, wątpiące i sprzeciwiające się Bogu, podkopały psychicznie jego wiarę; wytrwałość jej nie podparła w konkretnej sytuacji bez wyjścia i uległ małoduszności.

Tak było również i z apostołami Chrystusa. Nie posiadali oni wytrwałej wiary uodpornionej cnotą wytrwałości na każdą przeciwną jej możliwość. Chwili próby, mimo że była przecież zapowiedziana, mimo, że mistrz aż nadto wystarczająco dowiódł swej nadludzkiej potęgi, nie wytrzymali. Brakowało im bowiem cnoty wytrwałości, którą wzbudził a raczej dopełnił w nich później, Duch Święty.

Te wypadki świadczą dobitnie, że potrzeba wzmocnienia wiary – wytrwałością. Konieczna nam wszystkim jest wytrwała wiara, jeżeli nie chcemy opuścić Chrystusa i pierzchnąć od niego jak ongiś uczniowie.

 

Aktualność wytrwałości we wierze

            Kto żyje w czasach gigantycznych zmagań światopoglądowych, w czasach, w których stawia się „na ostrzu noża” sprawę Boga, w których kto wie, czy swojej postawy duchowej nie trzeba będzie zadokumentować krwią, ten bez wytrwałej, nieugiętej wiary cofnie się i zgodzi na kompromis.

            W ubiegłym roku kolonia angielska – Kenia w Afryce, przeżywała rozruchy wywołane przez ruch narodowo – murzyński tzw. Mau – Mau. Ruch ten zwrócony jest przeciwko białym, a szczególnie przeciw chrześcijaństwu, które liczy tutaj około 100 tysięcy samych tylko katolików. Terroryści w pewnej mierze osiągnęli swoje zamiary, bo oto jeden z misjonarzy tak się ponuro wypowiedział w październiku ubiegłego roku. „Obserwujemy jak dzieło misyjne 50 lat rozpada się w gruzy. Jeżeli aktualny proces odpadania trwać będzie nadal, za kilka miesięcy posiadać będziemy tylko garstkę wiernych.” Wielu z murzyńskich katolików, nie przeszło zwycięsko przez ogień próby. Odstąpili, mimo, że byli to przeważnie gorliwi neofici.

Wymowa tego praktycznego ostrzeżenia jest chyba wyraźna, bo nie każdy z nas posiada wiarę neofity. Może sobie oczywiście wówczas wmawiać, że jeszcze wierzy, ale to nie jest wiara, to są ruiny wiary. Dzisiaj, wielu ze współczesnych katolików, posiada tylko ruiny wiary. Czyż to nie dziwna wiara, której się ktoś wyznawać boi lub wstydzi ? Wierzy się w zamkniętym pokoju, ale poza nim milczy się.

 

Wytrwałość we wierze

Praktyczna, wytrwała wiara odnosi się nie tylko do samego Boga, ale również do wszystkiego, co nosi znamię Boże, czyli to co zawiera się w katolicyźmie. Kto wierzy, że Bóg jest Władcą wszystkiego, ten nie może zgodzić się na to, aby jakąkolwiek dziedzinę życia wyjęto spod Jego jurysdykcji. A przecież tak trudno domagać się od wszystkich bezwarunkowego poszanowania dla praw Bożych. Stąd też często spotykamy ludzi, którzy idą drogą łatwizny, za miskę soczewicy sprzedają swoje, a właściwie Boże prawo do zmieniania duchowego oblicza ziemi. Tacy katolicy, tacy przedstawiciele Boga, nie posiadają właśnie wiary wytrwałej i czystej w posłannictwo katolicyzmu sprecyzowanego przez Piusa X: „Instaurare omnia in Christo”.

Wiara wytrwała i nieugięta w swoją misję, była źródłem heroicznej siły br. Maksymiliana, który w Pawiaku pokazał co znaczy być wierzącym katolikiem. Do celi wpada gestapowiec, jeden z tych osławionych więziennych brutali. Dostrzega habit zakonny i to odruchowo prawie pobudza go do wściekłości. Chce upokorzyć tego klechę, „czy wierzysz w Boga” – pyta skupionego Franciszkanina. „Tak”- pada odpowiedź. Gestapowiec z rozmysłem uderza go pięścią w twarz. „Czy ty mnie kochasz ?”- „Tak, kocham”- odpowiada O. Kolbe. Pada drugi, silny cios. Zakonnik chwieje się. Strażnik szyderczo ponawia pytanie: „czy mnie jeszcze kochasz?”- i słyszy tę samą odpowiedź : „tak, kocham”. To już za dużo jest na żołdackie nerwy, obala więźnia, bije i kopie: „ach ty bydlę, ty mnie kochasz?” Wypada wreszcie w szale z celi, zostawiając kipiących oburzeniem więźniów, których zrównoważony jak zwykle br. Maksymilian uspokaja słowami: „to nic panowie”. Skąd ten skromny zakonnik czerpał siły do takiej postawy? On posiadał wiarę wytrwałą w Boga, który wszędzie mu daje możność świadczenia o Nim.

 

Wytrwałość w powołaniu

 

Powołanie w dzisiejszych czasach

Obok korzenia całej w nas nadprzyrodzoności, jakim jest wiara, Chrystus przyozdobił nas klejnotem powołania. To powołanie posiada aktualnie sprecyzowane oblicze. „Jesteście powołani na bojowników Ewangelii a nie na proboszczów, nie na urzędników parafialnych”, jak to wyrażają się ironicznie niektórzy świeccy i to nie zawsze bez racji. W nas, jako w królewskim pokoleniu dziedziców tradycji tysięcy i tysięcy apostołów – męczenników, wspaniałych, heroicznych misjonarzy musi wrzeć to, co oni posiadali, rewolucyjny zamiar podbicia ziemi, aż hen, po jej krańce dla nieznanego Nazarejczyka.

Rzeczywiście była to rewolucja, ale dzisiaj widzimy wkoło siebie tylko stężałe, obumierające formy życia chrześcijańskiego. Duchem rewolucji tchnie jednak Ewangelia. Kto się do niej przyznaje, musi pochodnię swego życia zapalić od jej nieskończoności. Powołanie kapłana – zakonnika bazować może tylko na Ewangelii – księdze życia każdego wybrańca Chrystusa.

 

Konieczność wytrwałości w powołaniu

Faktem niezbitym jest to, że wartość każdej idei przyjętej przez wolę człowieka, zależna jest od siły wytrwałości, z jaką się przy niej trwa. Czas, warunki potrafią osłabić i przygasić nie byle jakie ogniska ducha. To samo grozi i powołaniu. Jeżeli ma ono zachować swoją pierwotną tężyznę i rewolucyjny dynamizm, musi się bezwarunkowo oprzeć o cnotę wytrwałości: „Ty tedy, synu mój – pisze św. Paweł do umiłowanego Tymoteusza – wzmacniaj się w łasce, która jest w Chrystusie Jezusie”. (II Tym. 2, 1) Tymoteusz, biskup miał wzmacniać się, wytrwale stać w łasce powołania. To wezwanie odnosi się do wszystkich powołanych.

Trzeba wytrwać i nie cofnąć się nawet o krok od Tego, któremu obecnie służymy. Kiedy armie Napoleona pod Waterloo zaczęły się cofać i rozpraszać pod naporem wojsk Wellingtona i Bluchera, niewzruszona pozostała gwardia. Broniła się, nie ustępowała. Nieprzyjaciele znali wytrwałość tej cesarskiej elity. Proponują poddanie się. Wtedy jej dowódca generał Cambronne odpowiedzieć miał porlamentariuszom: „la garde meurt, mais ne se rend pas”- gwardia umiera ale się nie poddaje. Kwestionuje się dzisiaj co prawda historyczność tych słów. W każdym bądź razie, pokazała wówczas ta słynna gwardia, co znaczy wytrwałość w gwardyjskim powołaniu.

Tej wytrwałości w swej misji uczą nas także chociażby ci biedni heretycy „świadkowie Jehowy”. Ośmieszani, wyganiani, nieraz bici, chodzili od drzwi do drzwi, tłumacząc, przekonywując, starając się wszystkich pozyskać dla swej domniemanej „prawdy”. Katolicy i kapłani wyszydzali może ich fanatyzm, ale czy nie dostrzegali oni w nich tej szalonej wytrwałości w posłannictwie, jakiej im właśnie brakowało? Od każdego można się czegoś nauczyć. Jeżeli chodzi o heretyków, to niewątpliwie wytrwałości w powołaniu.

 

Niebezpieczeństwa dla powołania

Wydaje się, że osobiste powołanie każdego z nas jest zabezpieczone, że nic mu nie zagraża. Uporaliśmy się może z przeszkodami rodzinnymi, może naukowymi, ale nigdy nie zabezpieczymy się dostatecznie przed dwoma wielkimi wrogami powołania: szatanem i światem. „Frateres…vigilate – woła św.Piotr- quia adversarius vester diabolus tamquam leo rugiens circuit…”

Któż może uchronić się całkowicie od jego natrętnych nagabywań? On jest mistrzem od wsączania w duszę powołanego trucizny wahań, wątpliwości, wyimaginowanych trudności. Wpływ tego wszystkiego można zneutralizować twardym, nieustępliwym i wytrwałym obstawaniem przy powołaniu.

Sprzymierzeńcem naszego duchowego przeciwnika jest świat w całej jego krasie. Dzisiejsze trudne warunki bytowania osłabiają powabność jego przynęt, ale mimo wszystko zawsze kusi on milionami sztuczek. Patrz, ile piękna, ile przyjemności, a ty chcesz być mnichem, goloną pałką czy  klechą? W Odysei Ulisses przywiązał swoich towarzyszy do masztów, aby nie poszli na zatracenie za kusicielskimi wołaniami syren, gdy obok nich okręt przepływał.

Jako apostołowie musimy wejść w życie. Ono jest pełne barwnych iluzji i czarownych obrazów typu „fata morgana”. Obecnie jedynie wakacje, krewni i koledzy mogą przedstawiać niebezpieczeństwo. Jest ono niewielkie, ale dla bujnej fantazji marzyciela i cichego smętku tęskniącego melancholika i to jest osłabiającym kwasem. A więc czujni bądźmy i kontrolujmy siebie nieustannie, czy coś od wewnątrz nie nadgryza, nie rozkłada spoistości wiązadeł naszego powołania, pamiętając, że wytrwały zawsze dochodzi do celu.

 

Wytrwałość w czystości

 

Piękno i wartość czystości

Powołani do wspaniałej , królewskiej służby, zostaliśmy jednocześnie dopuszczeni do intymnej, poufałej przyjaźni z Chrystusem. Wolno nam, tak jak ongiś św. Janowi, przyciskać duchowo głowę do piersi Mistrza, wolno nam prosić Go o rzeczy, o jakie inni prosić nie mogą i nie umieją. Któż jak nie my, ma pierwszeństwo do czułych, miłosnych rozmów z Boskim Nauczycielem? Zawdzięczamy te przywileje, podobnie jak św. Jan, czystości. Wśród klejnotów naszego duchowego skarbca, cnota czystości jest perłą wypływającą z dziewiczości serca i ciała. Jak bardzo miłym jest Chrystusowi  to, że jedynym Oblubieńcem duszy był, jest i będzie tylko On sam, że usta Jego wybrańca słowo „kocham” odnosiły wyłącznie do Niego, że poza krzyżem z Umiłowanym nie całowały niczego.

Czyż może Mu być bliższym umysł aniżeli ten, w którym rodziła się dotąd tylko myśl, jaką w uniesieniu powtarzają mistycy: „jam jest Twój, a Ty mój”? Nie, bo dusza dziewicza stale spoczywa w objęciach Wiecznego Oblubieńca, któremu kiedyś w zaświatach nucić ma dziwną, tajemniczą, jej tylko zastrzeżoną pieśń chwały.

 

Nieprzyjaciele czystości

Chlubimy się słusznie perłą naszego wnętrza, ale na nią również w pochodzie przez świat czyhają zamaskowani nieprzyjaciele, by ją skazić, sponiewierać i zdeptać. Czynią to czasem z nienawiści ku wszystkiemu co liliowo – czyste, czasem chcąc mieć wspólników w chuciach, by móc z kimś podzielić odpowiedzialność za grzech. Niekiedy chcą dokuczyć Chrystusowi, niszcząc nieskazitelność duszy Jego przyjaciół.

Ostatnie dziesiątki lat, cechuje niesłychany wzrost seksualizacji życia. Wszędzie lansuje się i forsuje seksus i płeć, wykorzystując w podły sposób słabości ludzkie dla najpodlejszych interesów. Przed tą straszliwą seksualizacją życia nie ma właściwie zewnętrznych tam; infiltracja jej dokonuje się również w domach zakonnych.

 

Walka o czystość i rola wytrwałości

A zatem walka między wrodzoną pobudliwością a sprzyjającą jej seksualizacją wszystkich dziedzin życia, jest walką ze wszystkich najbardziej osobistą, rozgrywającą się w głębinach własnej jaźni. Nie obronimy przenigdy czystości, jeżeli nie posiądziemy heroicznej wytrwałości w umiłowaniu tej właśnie dziewiczej cnoty. Wytrwałe ukochanie czystości nie pozwala na jakąkolwiek kompromisowość z zatrutymi, przesyconymi moralną zgnilizną powiewami świata. Jego tchnienie nie może mieć wpływu na duszę. (Św. Franciszek i jego sposób oraz wytrwałość w zwalczaniu pokus cielesnych.

Czysta dusza wyczuje zawsze z łatwością to, co jej obce i dlatego od jej wytrwałości w kontrolowaniu siebie, w badaniu swoich myśli i uczuć zależy utrzymanie się na poziomie umiłowanego ucznia Chrystusa.

 

Środki wzmacniające siłę wytrwałości

Zdobywając poprzez współdziałanie z łaską Bożą cnotę wytrwałości, nie można zadowolić się pewnym zdobytym już poziomem wytrwałości. Oczywiście, iż słabnąć musi ona, gdy nie wzmacnia się jej, zwłaszcza odnośnie omówionych wycinków naszego wewnętrznego życia, od stanu rozwoju których zależy w obecnym położeniu, cała nasza duchowa egzystencja. Jeżeli na którymś z nich wytrwałość nie dopisze, nie ma mowy o zwycięskim wyjściu z czekających nas prób i doświadczeń. Wytrwałość, jak zresztą i inne cnoty, nie jest jakąś cnotą statyczną. Wszystko w niej bowiem jest dynamiczne i płynne, ale w żywotności uzależnione od wzmacniających zastrzyków.

Poza podstawą wszystkiego – modlitwą, zwróćmy uwagę na lekturę Pisma Św. i hagio oraz biografii ludzi, którzy wykazywali nieprzeciętną siłę wytrwałości. Z nich, ze słów Chrystusa, należy czerpać motywy, pobudki i impulsy, które ożywiają wytrwałość i czynią ją potężną i elastyczną. Elastyczność wytrwałości musi być bardzo wielka, bo nikt z nas nie może przewidzieć tych niezliczonych w swej różnorodności wypadków, gdzie będzie ona, conditio sine qua non, nie tylko powodzenia, ale szczególnie przetrzymania wszelkich burz i naporów. Przykłady wytrwałości innych w konkretnych warunkach, wskazują równocześnie na jej możliwości, na jej górną granicę, która właściwie nie istnieje.

 

Wierność sobie samemu, swoim choćby najdrobniejszym postanowieniom, to niezwykle wartościowa cecha osobowości, która jest podporą cnoty wytrwałości, łącząc się z nią w działaniu, w jedno. Ta właśnie wierność nie pozwala człowiekowi na dwulicowość, na krętactwo, na półświadome, nie całkowicie dowolne kłamstwa i na wszelkie, wątpliwej moralności dróżki. Wychowuje go ona do prostolinijności, szczerości, bezkompromisowości a zwłaszcza do samokrytyki.

Typem wiernego samemu sobie a więc wytrwałego w postawie życiowej człowieka, był generał wojsk polskich – Ledóchowski, ze słynnej dzisiaj rodziny świętych. Postanowił on sobie, że kłamstwo nie przejdzie nigdy przez jego usta. Pracując w konspiracji wpada w ręce hitlerowców. W czasie badania otwarcie przyznaje się do pracy w organizacjach podziemnych, dodając, że więcej już nic nie powie. Rzeczywiście, jak się dowiedziano później, milcząco zniósł wszelkie tortury, milcząco poszedł też na rozstrzelanie.

Mimo, że wierność wytwarza klimat duchowy sprzyjający intensywnemu rozwojowi wytrwałości, zwłaszcza poprzez badawcze sondowanie własnego wnętrza w samokrytyce, to jednak doświadczenie uczy, że „nemo iudex in causa sua”. Samokrytyka może być w różnym stopniu uzależniona od subiektywnych stanów. Dlatego też trudno wydać samemu sobie, właściwy, bezstronny osąd o sile naszej wytrwałości, odnośnie omówionych uprzednio dziedzin życia wewnętrznego. Aby uniknąć w nich wszelkiej iluzoryczności, dobrze jest omówić naszą postawę duchową z aspektu wytrwałości z kierownikiem sumienia czy z przełożonym, czy nawet z rozumiejącym daną osobę przyjacielem.

Przez takie omawianie swoich reakcji, swego postępowania i stylu życia w konkretnych wypadkach z kimś nam życzliwym i przyjaznym, uzyskujemy dopiero pełny obraz własnego „ja”, uświadamiając sobie równocześnie, gdzie, kiedy i ile potrzeba nam wytrwałości, by wyjść zwycięsko z tego -jak wyraża się Apostoł – biegu o wieniec zwycięstwa.

Do urobienia w sobie heroicznej cnoty wytrwałości, boć zresztą nie inna, lecz ta właśnie konieczna nam jest w dzisiejszej rzeczywistości, motywem ostatecznym winna być, wytrwała dążność Chrystusa do wypełnienia swej ofiary. To przecież było zawsze rezerwuarem mocy dla tych, którzy dla Jego Imienia, przechodzić musieli przez gehennę cierpień i trudności.

Wytrwałość Chrystusa w zupełnym oddaniu się Ojcu, krzepiła i krzepi Jego wyznawców i uczniów w beznadziejnych sytuacjach życiowych. Chrystus przeto musi być fundamentem a zarazem wzorem wytrwałości dla każdego z nas. Nie na próżno największy z apostołów z potężną ufnością rzuca wyzwanie światu: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia, Panu naszym Jezusie Chrystusie”. Jego aktualność nie przebrzmiała. Trzeba tylko zrozumieć ich sens i przemienić je w sprężoną energię własnej wytrwałości.

Pod koniec swego żywota w osamotnieniu i opuszczeniu, z więzienia Mamertyńskiego, przekazuje Paweł Tymoteuszowi na pociechę i pamiątkę wspaniałe, płomienne wyznanie o sobie, jako o „dobrym żołnierzu Jezusa Chrystusa- „Potykaniem dobrym potykałem się, zawodu dokonałem, wiarę zachowałem”. Kiedy zdruzgotany pod Damaszkiem, wyraził Chrystusowi swoją gotowość do służby- „Panie co chcesz abym czynił?”- nie wiedział, jaki czeka go bezmiar trosk, bólów i trudów. Ale wytrwał, bo jak sam pisze – „Pan był przy mnie”.

Myśmy również przez chrzest, wybraństwo i śluby zdecydowali się na pójście za Mistrzem, który przez warunki i okoliczności przemawia jakoby: „Ja mu pokażę, jak wiele winien wycierpieć dla imienia mego”. Jeżeli godnie sprostać zamierzamy temu posłannictwu, umacniajmy i pogłębiajmy cnotę wytrwałości.