Cnoty

Cnota wiary

 Św. Paweł wylicza trzy cnoty Boskie i zestawia je wszystkie jako istotne pierwiastki życia chrześcijańskiego, zaznaczając ich wyższość nad cnotami obyczajowymi. Tak np. upomina Tesaloniczan, by przywdziali pancerz wiary i miłości, przyłbicę nadziei. Zadaniem ich jest zjednoczyć nas z Bogiem przez Jezusa Chrystusa, a przez to dać nam uczestnictwo w życiu Bożym.

Działanie ich przeto jest równocześnie i jednoczące i przeistaczające. Tak więc wiara jednoczy nas z Bogiem jako prawdą nieskończoną. W ten sposób przygotowuje nas do wizji uszczęśliwiającej.

Nadzieja jednoczy nas z Bogiem jako najwyższą szczęśliwością i sprawia, że Go miłujemy jako dobro nasze. Przez nią już teraz przygotowujemy się do posiadania pełni wiekuistego szczęścia.

Miłość jednoczy nas z Bogiem jako nieskończoną dobrocią. Sprawia, iż miłujemy Go dlatego, że jest nieskończenie dobry i miłości godzien sam w sobie i zadzierzga pomiędzy Nim a nami świętą przyjaźń, mocą której już teraz żyjemy Jego życiem.

 Istota wiary.

Znaczenie wiary w Piśmie Św. W Starym Zakonie wiara przedstawiana jest jako cnota istotna, od której zależy zbawienie lub zguba narodu wybranego: „Wierzcie w Pana Boga waszego, a będziecie bezpieczni”.

W Nowym Zakonie wiara jest czymś tak istotnym, iż wierzyć to znaczy wyznawać chrystianizm, a nie wierzyć to nie być chrześcijaninem: „Kto uwierzy i ochrzci się, zbawiony będzie, a kto nie uwierzył, będzie potępiony”.

 Zadanie uświęcające cnoty wiary.

Wiara jest podwaliną naszego życia nadprzyrodzonego i jednoczy nas z Bogiem w sposób bardzo ścisły. Jest ona podwaliną naszego życia nadprzyrodzonego. Żeby lepiej tę prawdę wyjaśnić, wystarczy rozebrać słowa Soboru Trydenckiego, który twierdzi, iż wiara jest początkiem, podwaliną i korzeniem usprawiedliwienia, a tym samym i uświęcenia …

Jest jego początkiem, gdyż wiara stanowi środek tajemniczy, którym posługuje się Bóg, by nas uczynić uczestnikami własnego życia. Jest ona również fundamentem życia duchownego. Porównanie to ukazuje nam świętość w postaci gmachu bardzo obszernego i bardzo wysokiego, którego wiara jest podwaliną. Przy budowie zaś, im głębsze i szersze fundamenta, tym wyższy gmach wznieść na nich można bez trwogi o jego wytrzymałość.

Jest ona wreszcie korzeniem świętości. Korzenie czerpią z ziemi soki niezbędne do wyżywienia i wzrostu drzewa. Podobnie wiara, zapuszczając korzenie swe aż do dna duszy i karmiąc się tam prawdami Bożymi, dostarcza doskonałości chrześcijańskiej obfitego pożywienia. Korzenie gdy są głębokie, nadają również mocy drzewu, które dźwigają. Podobnie dusza umocniona wiarą, stawi czoło burzom duchowym.

Wiara stawia nam ustawicznie przed oczy wiekuistą zapłatę, która będzie owocem cierpień jednego dnia. „Utrapienia tego czasu niniejszego nie są godne przyszłej chwały”. wraz z nim radujmy się wśród utrapień, każde z nich bowiem, cierpliwie zniesione, wysługuje nam wyższy stopień poznania i miłowania Boga.

Jeśli kiedy czujemy naszą słabość, wiara nam przypomina, że ponieważ Bóg jest mocą naszą i podporą, niczego się obawiać nie mamy potrzeby, chociażby świat i szatan przeciwko nam się skojarzyły: „A to jest zwycięstwo, które zwycięża świat, wiara nasza”.

To właśnie widzimy w cudownej przemianie, jakiej Duch Św. dokonał w duszy Apostołów. Oni przedtem nieśmiali i lękliwi, skoro zostali uzbrojeni mocą Bożą, odważnie stawiają czoło próbom wszelkiego rodzaju, idąc na biczowanie, do więzień, na śmierć samą, szczęśliwi, że dla imienia Jezusowego cierpieć mogą: „Szli od obliczności Rady, radując się, iż się stali godnymi dla imienia Jezusowego zelżywości cierpieć”.

Wiara stanowi wreszcie źródło licznych zasług. Sam akt wiary wielce jest zasługujący, poddaje bowiem powadze Boskiej to, co mamy najlepszego: rozum i wolę.

Wykonywanie cnoty wiary.

Początkujący starać się powinni umocnić swą wiarę. Powinni więc dziękować Bogu za ten dar wielki, będący podstawą wszelkich innych darów. Niech się modlą przeto, by otrzymać łaskę zachowania tego daru mimo wszystkich niebezpieczeństw, jakimi są otoczeni. Z pokorą, uległością i silnym przekonaniem niech wzbudzają akty wiary, powtarzając z apostołami: „Przymnóż nam wiary”.

Z modlitwą wszakże niech łączą naukę lub czytanie książek zdolnych oświecić i umocnić ich wiarę. Postępujący nie tylko wierzą, lecz kierują się nadto w życiu swoim duchem wiary: „A sprawiedliwy z wiary żyję”. Z miłością rozczytują się w Ewangeliach Św., szczęśliwi, że mogą krok w krok postępować za Chrystusem Panem, smakować w Jego nauce, podziwiać Jego przykłady, aby je następnie naśladować.

Jezus Chrystus stopniowo staje się ośrodkiem ich myśli. Szukają Go w czytaniu w pracy, pragnąc Go lepiej poznać, by Go bardziej umiłować. Nawykają do tego, by na wszystka patrzeć, wszystko oceniać według wiary: rzeczy, osoby i wydarzenia.

a). We wszystkich dziełach Bożych widzą rękę Stwórcy … mówiąc: „On nas uczynił, a nie my sami siebie”. Jego więc podziwiają na każdym kroku.

b). W osobach otoczenia swego upatrują obrazy Boga, dzieci jednego Ojca niebieskiego, braci w Jezusie Chrystusie.

c). Wydarzenia, które niekiedy są tak niezrozumiałe dla osób niewierzących, wyjaśniają sobie w świetle owej wielkiej zasady , ż wszystko przeznaczone jest dla wybranych, że podział dobra i zła ma na widoku nasze zbawienie i nasze udoskonalenie.

Zwłaszcza jednak miłują we wszystkim postępować według zasad wiary. Sądy swoje i poglądy opierają na zasadach ewangelicznych, a nie światowych. Słowa ich natchnione są duchem chrześcijańskim, a nie światowym; stosują bowiem słowa do swoich poglądów, zwyciężając w ten sposób ludzkie względy.

Czyny ich zbliżają się wedle możliwości do czynów Chrystusa Pana, na którego lubią patrzeć jako na swój wzór. Starają się wreszcie dokoła siebie szerzyć tę wiarę, która ich przenika, przez modlitwę prosząc Boga, by posłał pracowników apostolskich na trud ewangelizowania niewiernych i heretyków: „Proście tedy Pana żniwa, aby wysłał robotników na żniwo swoje”.

Przez swój dobry przykład, spełniając tak sumiennie obowiązki stanu swego, żeby patrzący na ich życie czuli się pociągnięci do naśladowania. Przez swoje słowa, nie zważając na ludzkie względy wyznają, iż w swojej wierze znajdują siłę do dobrego i pociechę w troskach.

 Cnota nadziei

Istota nadziei.

Nadzieję określamy jako: cnotę boską, która sprawia, iż pragniemy Boga jako najwyższego dobra naszego, i oczekujemy z mocną ufnością, opierając się na dobroci i potędze boskiej, wiekuistej szczęśliwości i środków do niej prowadzących.

Pierwszym, istotnym przedmiotem nadziei naszej jest Bóg sam, o ile stanowi naszą szczęśliwość, Bóg posiadany na wieki przez oglądanie Go twarzą w twarz i niepodzielną miłość. Jak bowiem mówi Chrystus: „Tam jest żywot wieczny, aby poznali Ciebie Boga prawdziwego i któregoś posłał Jezusa Chrystusa”.

Ponieważ jednak dobrze tego bez pomocy łaski osiągnąć nie możemy, przeto nadzieja nasza odnosi się również do wszystkich nadprzyrodzonych środków pomocniczych, niezbędnych do unikania grzechu, zwalczania pokus i zdobywania cnót chrześcijańskich. Całkowitą pobudką cnoty nadziei jest jednocześnie dobroć Boga i jego potęga.

 Zadanie nadziei w dziele naszego uświęcenia.

Trzy są główne sposoby współdziałania nadziei w dziele naszego uświęcenia:

a)      łączy nas z Bogiem,

b)      modlitwom naszym dodaje skuteczność,

c)      jest źródłem owocnej działalności.

Łączy nas z Bogiem odrywając od dóbr doczesnych. Przyjemności zewnętrzne, zadowolenie pychy, urok bogactwa, wreszcie radości przyrodzone – lecz czyste – umysłu i serca pociągają nas. Otóż nadzieja wspierając się na żywej wierze, wykazuje nam, iż wszystkim tym radościom doczesnym, brak dwóch istotnych pierwiastków szczęścia: doskonałości i wytrwałości.

Żadne z dóbr tych nie jest dostatecznie doskonałe, by nas mogło zadowolić, ale dawszy nam kilka chwil przyjemności, rychło wywołuje przesyt i nudę. Serce nasze zbyt wielkie, dążenia jego zbyt szerokie, zbyt wzniosłe, by miało zadowolić się dobrami materialnymi, które są tylko środkiem, by dojść do celu szlachetniejszego.

Chociażby dobra tego świata nam wystarczały, to jednak trwają one chwilę tylko i rychło nam się wymkną. Wiemy o tym i myśl ta mąci naszą radość wówczas nawet, gdy je posiadamy. Bóg przeciwnie, trwa na wieki i śmierć która nas od wszystkiego odrywa, z Nim właśnie jednoczy w sposób doskonalszy.

Toteż mimo przyrodzonego wstrętu, którym nas nadchodząca śmierć napełnia, dzięki nadziei patrzymy na nią z ufnością, iż na wieki zjednoczymy się z Tym, który sam jeden tylko zdolny jest nas uszczęśliwić.

Nadzieja również w połączeniu z pokorą dodaje skuteczności naszym modlitwom, i tym samym wyjednywa nam wszystkie łaski, których potrzebujemy. Nic bardziej wzruszającego nad przynaglające zachęty Pisma Św. do ufności w Bogu. Chrystus Pan czyni cuda na korzyść tych, którzy ufają.

Przypomnijmy sobie Jego zachowanie wobec setnika, wobec paralityka, który nie mogąc dotrzeć do Mistrza, kazał go spuścić przez dach, wobec ślepych z Jerycho, wobec niewiasty Kananejskiej, która po trzykroć odtrącona, nie ustaje w ponawianiu swej prośby, wobec jawnogrzesznicy, wobec trędowatego, który powrócił, by dzięki złożyć Temu, który go uzdrowił.

Jakże zresztą nie mieć ufności, skoro sam Chrystus Pan z całą powagą zapewnia nas: „Zaprawę, zaprawdę wam powiadam: Jeśli o co prosić będziecie Ojca w imię moje, da wam”. W tym tkwi tajemnica naszej siły, że gdy modlimy się w imię Jezusa Chrystusa, czyli polegając na Jego zasługach i zadośćuczynieniach, krew Jego wymowniej przemawia za nami, niż marne nasze modlitwy.

Nadzieja stanowi wreszcie źródło owocnej działalności. Budzi w nas bowiem święte pragnienia, w szczególności zaś tęsknotę za niebem i posiadaniem Boga. Pragnienie zaś budzi w duszy zapał, gorliwość niezbędną. Widokiem nagrody, która o wiele prześcignie nasze wysiłki, zwiększa naszą energię.

Jeśli osoby światowe tak gorliwie pracują, by zdobyć znikome bogactwa, jeśli zapaśnicy dla nabrania wprawy skazują się na przykre ćwiczenia, o ileż bardziej powinniśmy pracować i cierpieć dla zdobycia nagrody nieprzemijającej? „A każdy, który się potyka na placu, od wszystkiego się powściąga. A oni wprawdzie, aby wzięli wieniec skazitelny, a my nieskazitelny”.

Nadzieja daje nam tę odwagę i wytrwałość, która płynie z pewności zwycięstwa. Cóż bardziej zniechęcającego nad walkę bez nadziei zwycięstwa? A przeciwnie, pewność triumfu napełnia nas otuchą i siłą. Tę zaś pewność daje nam nadzieja. Choć słabi sami z siebie, mamy wszakże potężnych sprzymierzeńców: Boga, Jezusa Chrystusa, Najświętszą Pannę i Świętych. A „Jeśli Bóg z nami, któż przeciwko nam?”

Jeśli Chrystus, który zwyciężył świat i szatana, w nas żyje i udziela nam swej Boskiej mocy, czyż nie mamy pewności, że z Nim zwyciężymy? Jeśli Dziewica Niepokalana, która zdeptała piekielnego węża, wspiera nas swoim potężnym wstawiennictwem, czyż nie otrzymamy wszelkiej pomocy, jakiej tylko zapragnąć możemy?

Jeśli przyjaciele Boga modlą się za nami, czyliż tak liczne prośby nie dadzą nam bezwzględnego bezpieczeństwa? A jeśliśmy pewni zwycięstwa, czyż podobna, byśmy się mogli cofać przed kilku wysiłkami, koniecznymi by zdobyć wiekuiste posiadanie Boga?

 Stopniowy postęp w wykonywaniu cnoty nadziei.

Początkujący starać się powinni przede wszystkim unikać dwojakiej przesady, przeciwnej cnocie nadziei: zbytniej ufności i rozpaczy.

a). Zbytnia ufność polega na tym, iż spodziewamy się od Boga chwały niebieskiej i łask niezbędnych do jej osiągnięcia, nie chcąc jednak używać środków przez Niego nakazanych. Chrystus Pan obiecuje nam zwycięstwo, lecz pod warunkiem, że będziemy czuwać i modlić się: „Czuwajcie, a módlcie się, byście nie weszli w pokuszenie”. Św. Paweł, który tak wielką pokładał ufność w łasce Bożej, ostrzega nas jednak tymi słowy: „Z bojaźnią i ze drżeniem zbawienie wasze sprawujcie”.

b). Inni przeciwnie narażeni bywają na zniechęcenie, a niekiedy i na rozpacz. Przypomnijmy sobie wtedy, że św. Paweł, który również pokus doznawał i wiedział dobrze, iż sam z    siebie nie zdołałby im się oprzeć, z ufnością zdawał się na łaskę Bożą: „Łaska Boża przez Jezusa Chrystusa!”

Postępujący ćwiczą się nie tylko w samej nadziei, lecz także w synowskiej ufności w Bogu, opierając się na Jezusie Chrystusie, który się stał ośrodkiem ich życia. Wszczepieni w Boskiego Przywódcę, z niezwyciężoną ufnością spodziewają się nieba, gdzie Jezus Chrystus mieszkanie im gotuje: „albowiem idę przygotować wam miejsce”, i gdzie przez nadzieję w Osobie Zbawiciela już przebywają: „albowiem nadzieją jesteśmy zbawieni”.

Spodziewają się nieba nawet wśród przeciwności i prób życiowych, powtarzając z psalmistą: „Nie będę się bał złego, albowiem Ty jesteś ze mną”. I w rzeczy samej, Chrystus żyjący w nich, krzepi ich mówiąc, jak niegdyś do Apostołów: „Pokój wam, jam jest, nie bójcie się”. Jeśli ich niepokoją intrygi i prześladowania, przypominają sobie to, co do swoich mówił św. Wincenty à Paulo: „Chociażby świat cały powstał, by nas zgubić, to tylko się stanie co się podoba Bogu, w którym położyliśmy nadzieję naszą”.

A jeśli chodzi o straty doczesne, powtarzają za tymże świętym: „Cokolwiek Bóg czyni, czyni jak najlepiej, a przeto miejmy nadzieję, że strata ta będzie dla nas korzystną, skoro od Boga pochodzi”. Jeśli to są cierpienia fizyczne lub moralne, uważają je za błogosławieństwo Boże, przeznaczone do tego, byśmy za cenę kilku przejściowych bólów kupili sobie niebo.

Jeśli ich niepokoi poczucie swej nędzy i niedoskonałości, niech rozważą te słowa św. Wincentego à Paulo: „Przedstawiasz mi swe nędze. Niestety, któż nie jest ich pełen? Rzecz cała w tym, by je poznać i miłować płynące z nich uniżenie, jak to właśnie czynisz, by na nich założyć jak najsilniejszy fundament ufności w Bogu. Wtedy bowiem budowa wznosi się na opoce tak iż gdy nadejdzie burza, stać będzie mocno”. Wincenty dodawał jeszcze, że gdy Bóg raz zaczął dobrze czynić jakiemu stworzeniu, już nie ustaje aż do końca.

Nadzieja sprawia, że duchem żyjemy stale w niebie i dla nieba. W myśl pięknych słów modlitwy, którą nam Kościół odmawiać każe w dniu Wniebowstąpienia, już teraz duchem przebywać powinniśmy w niebie: …quoque mente in coelestibus habitemus; znaczy to, że dla nieba pracować i cierpieć powinniśmy, tam niech się zwracają pragnienia serc naszych: Ut inter mundanas varietates ibi nostra fixa sunt corda, ubi vera sunt gaudia.

A ponieważ radości komunii św. są przedsmakiem szczęśliwości niebieskiej, w niej przeto do czasu szukać mamy prawdziwych pociech, potrzebnych naszemu sercu.

 O miłości Boga

 Jej istota.

Pierwszym przedmiotem miłości chrześcijańskiej jest Bóg, ponieważ będąc pełnią bytu, piękna i dobroci, jest nieskończenie godzien miłości.

Przykazanie.

Już w starym Zakonie było ono określone, Chrystus Pan zaś ponowił je i ogłosił jako streszczenie Zakonu i Proroków: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego, i ze wszystkiej duszy twojej, i ze wszystkich sił twoich, i ze wszystkiej myśli twojej”. To znaczy, że mamy miłować Boga ponad wszystko i wszystkimi władzami istoty naszej.

Doskonale to wyjaśnia św. Franciszek Salezy: „Jest to miłość, która powinna mieć przewagę nad wszystkimi naszymi miłościami i panować nad wszystkimi naszymi namiętnościami. I Bóg żąda tego od nas, by ze wszystkich miłości naszych miłość ku Niemu była najserdeczniejszą, panującą nad całym sercem naszym, najgorętszą, wypełniającą całą duszę naszą, najpowszechniejszą, zaprzątającą wszystkie władze nasze, najwznioślejszą, napełniającą cały nasz umysł i najbardziej stanowczą, w której ćwiczyłaby się cała moc nasza i siła”.

I kończy wspaniałym porywem miłości: „Twoim jestem o Panie, i tylko Twoim być powinienem; Twoją jest dusza moja i dla Ciebie tylko żyć powinna; Twoją jest wola moja i dla Ciebie tylko miłować powinna; Twoją jest miłość moja i do Ciebie tylko zmierzać powinna. Ciebie powinienem miłować jako pierwszy swój początek, ponieważ z Ciebie wyszedłem. Ciebie powinienem miłować jako cel swój i odpocznienie, gdyż jestem dla Ciebie. Miłować Cię powinienem więcej niż byt własny, ponieważ byt mój istnieje przez Ciebie. Miłować Cię powinienem więcej niż siebie samego, gdyż cały Twoim jestem i w Tobie”.

Przykazanie miłości chrześcijańskiej jest więc niezmiernie rozległe; samo w sobie nie posiada granic, gdyż miarą miłowania Boga jest miłować Go bez miary. Ono więc zmusza nas do ustawicznego dążenia do doskonałości i ta miłość nasza powinna róść aż do śmierci.

Pobudką miłości chrześcijańskiej nie jest dobro, któreśmy od Boga otrzymali, lub którego się od Niego spodziewamy, lecz nieskończona doskonałość Boża, przynajmniej jako pobudka ostatecznie górująca. Mogą więc do tej pobudki przyłączyć się jeszcze inne, płynące np. ze zbawiennej bojaźni, nadziei wdzięczności, byleby pobudka miłości była istotnie przeważająca.

Jeśli szukamy probierza, by rozpoznać miłość czystą od interesownej, to powiedzieć można, że pierwsza z nich polega na miłowaniu Boga dlatego, że jest dobry, i na życzeniu dobra Jemu. Druga zaś na miłości Boga, dlatego, że jest dobry dla nas i na życzeniu dobra sobie samemu.

 Zadanie uświęcające miłości Boga.

Miłość chrześcijańska jest sama w sobie najwznioślejszą, a tym samym najbardziej uświęcającą ze wszystkich cnót. Dowiedliśmy tego, wykazując, iż ona stanowi istotę doskonałości, że mieści w sobie wszystkie inne cnoty i nadaje każdej szczególną doskonałość, kierując jej akty do Boga nade wszystko umiłowanego

W słowach pełnych lirycznego nastroju głosi tę prawdę św. Paweł: „Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący. I chociażbym miał proroctwo i wiedziałbym wszystkie tajemnice i wszelką naukę i miałbym wszystką wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, nic nie jestem. I choćbym wszystkie majętności moje rozdał na żywność ubogich, i choćbym wydał ciało moje tak, iżbym gorzał, a miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.”

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest: miłość nie … , złości nie wyrządza, nie nadyma się. Nie jest czci pragnąca, nie szuka swego, nie wzrusza się ku gniewu, nie myśli złego. Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się weseli z prawdy. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko przetrwa. Miłość nigdy nie ginie … A teraz trwają wiara, nadzieja, miłość: to troje, a z tych większa jest miłość”.

W rzeczy samej miłość w wyższym stopniu niż inne cnoty jest jednocząca i przeistaczająca.

a). Ona bowiem całą duszę ze wszystkimi jej władzami jednoczy z Bogiem:

rozum przez cześć oddawaną Bogu i częste zwracanie myśli do Niego,

wolę przez jej całkowitą uległość dla woli Bożej,

serce przez poddawanie wszystkich uczuć jego miłości Bożej, wreszcie siły nasze przez zużywanie ich na służbie Boga i dusz ludzkich.

b). Miłość łącząc całą duszę z Bogiem, przekształca ją. Miłość sprawia, że wychodzimy sami z siebie, wznosi nas do Boga i skłania do naśladowania Go, do odtwarzania w sobie Boskich Jego doskonałości. Miłość w skutkach swoich przyczynia się bardzo dzielnie do naszego uświęcenia.

– Tworzy bowiem między duszą i Bogiem pewnego rodzaju sympatię, współrzędność, która sprawia, że Boga i rzeczy Boże lepiej pojmujemy i bardziej w nich smakujemy. Wskutek tej wzajemnej sympatii przyjaciele rozumieją się między sobą, odgadują nawzajem swe myśli i coraz ściślej się jednoczą.

Wiele dusz niewykształconych, lecz zapalonych miłością Bożą, znajduje głębsze upodobanie w wielkich prawdach chrześcijańskich, lepiej je w życiu wprowadza, niż uczeni; jest to jeden ze skutków chrześcijańskiej miłości.

– Stokrotnie pomnaża siły nasze do dobrego, udzielając nam mocy niezwyciężonej do zwalczania przeszkód i zachęty do najwznioślejszych aktów cnoty; albowiem „mocna jest jako śmierć miłość”. Jakąż nieustraszoną moc daje matce jej miłość do dziecka?

Nikt lepiej może nad autora książki „O naśladowaniu” nie opisał cudownych skutków miłości Boga (Naśl. ks. III, rozdz. V.)

–          Miłość napełnia duszę wielką radością i rozszerza ją. Jest to bowiem zapoczątkowane już posiadanie Najwyższego Dobra, …vitae aeternae in nobis. Takie zaś posiadanie napełni duszę naszą weselem: dans vera cordis gaudia. I dlatego to czytamy dalej w „ Naśladowaniu”: Nad miłość nie ma nic słodszego, nic wdzięczniejszego, nic pełniejszego, nic lepszego w niebie i na ziemi. Być z Jezusem jest to raj najsłodszy. W obecności Twojej wszystko jest przyjemne, a gdy Ciebie niema, wszystko budzi niesmak”.

Tak więc z jakiejkolwiek strony badać zechcemy chrześcijańską miłość, samą w sobie, czy w skutkach, pozostanie ona zawsze najbardziej jednoczącą i uświęcającą ze wszystkich cnót; jest ona prawdziwie związką doskonałości.

 Stopniowy postęp w wykonywaniu miłości Boga.

Zasada ogólna.

Ponieważ miłość polega na darowaniu siebie samego, przeto miłość nasza ku Bogu tym będzie doskonalsza, im całkowiciej Mu się oddamy, bez zastrzeżeń i bez odbierań: „ze wszystkiej duszy, ze wszystkiego serca, ze wszystkich sił”. A ponieważ na tym świecie niepodobna oddać samego siebie, nie czyniąc z siebie ofiary, przeto miłość nasza tym będzie doskonalszą, im większą okażemy wspaniałomyślność w wykonywaniu ducha ofiary z miłości dla Boga.

Początkujący wykonują miłość Bożą, unikając grzechu, zwłaszcza śmiertelnego, oraz jego przyczyn.

a). Ich miłość przeto jest miłością pokutniczą, gdyż żałują gorzko, że obrazili Boga i pozbawili Go chwały należnej.

b). Początkujący ćwiczą się również w pierwszym stopniu tej miłości, która polega na zgodności z wolą Boga.

c). Miłość ich niebawem nabiera cechy wdzięczności. Przekonawszy się, że mimo grzechów Bóg nie przestaje obsypywać ich dobrodziejstwami i tak hojnie udziela im przebaczenia, skoro tylko pobudzą się do żalu, wyrażają Mu za to szczerą i żywą wdzięczność, sławią Jego dobroć i starają się skuteczniej z łask Jego korzystać. Jest to już uczucie szlachetne i znakomite przysposobienie do miłości czystej.

Postępujący wykonywują miłość upodobania, życzliwości, zgodności z wolą Bożą i tą drogą dochodzą do miłości przyjaźni. Z miłości upodobania rodzi się miłość życzliwości, czyli gorące pragnienie, by umiłowanego wychwalać i drugich do tego pobudzać. Co się zaś tyczy zewnętrznej chwały Boga, chcemy bezwzględnie pomnożyć ją w sobie i w drugich. Dlatego pragniemy lepiej poznać Boga i goręcej miłować, aby Go dać lepiej poznać drugim i do gorętszej miłości ich pobudzić.

Łączymy się wreszcie z Bogiem samym, to jest z Osobami Trójcy Świętej, które wzajemnie się wysławiają i szczęśliwymi głoszą. „Wtedy to wykrzykniemy: Chwała bądź Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu”. Do szerzenia w ten sposób chwały Bożej obowiązanymi się czują przede wszystkim zakonnicy i kapłani z tytułu ślubów swych lub kapłaństwa.

Trawieni żądzą wychwalania Boga, nie przestają wśród zajęć nawet, błogosławić Go i chwalić. W klasztorze swym jedną tylko żyją ambicją: rozszerzać Królestwo Boże i wysławiać wiekuiście Tego, którego umiłowali jako jedyne swe dziedzictwo.

Miłość życzliwości objawia się w zgodności z wolą Bożą. Najskuteczniejszym środkiem do rozszerzenia i ugruntowania Królestwa Bożego, jest pełnić świętą wolę Boga: „Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi”.

Ta zgodność z wolą Bożą zawiera, posłuszeństwo przykazaniom, radom, natchnieniom łaski, oraz pokorne i z serca poddanie się pomyślnym lub niepomyślnym wydarzeniom, niepowodzeniom, upokorzeniom, próbom wszelkiego rodzaju, które nam Opatrzność zsyła wyłącznie dla naszego uświęcenia i chwały Bożej. To święte oddanie się wytwarza głęboki spokój. Wiemy bowiem, że nic nas nie spotyka, co by nie było pożyteczne dla naszego uświęcenia: „Tym, którzy miłują Boga, wszystko dopomaga ku dobremu”.

Tak więc, jak powiada Bossuet, doskonała zgodność z wolą Bożą sprawia, „że spoczywamy tak w boleści, jak i w radości, wedle tego co nam ześle Ten, który wie, co dla nas dobre”. Ta zgodność z wolą Bożą prowadzi nas do przyjaźni z Bogiem.

Przyjaźń pociąga za sobą, prócz życzliwości, obustronność, czyli wzajemne darowanie się sobie dwóch przyjaciół. I to właśnie ziszcza się w chrześcijańskiej miłości. Jest to prawdziwa przyjaźń, powiada św. Franciszek Salezy, „gdyż jest wzajemna, albowiem Bóg od wieków umiłował każdego, który go w czasie umiłował, miłuje lub miłować będzie. Jest ona również wzajemnie wyznana i uznana, gdyż Bóg nie może nie wiedzieć o miłości, jaką mamy do Niego, skoro On sam nam jej udziela.

„Przyjaźń ta to nie zwykła przyjaźń, lecz przyjaźń wyborowa, przez którą obieramy sobie Boga, aby Go umiłować szczególniejszą miłością”. Miłość ta polega na darze, który nam Bóg czyni z samego siebie i na darze, jaki my Jemu składamy z własnej osoby.

Zobaczymy tedy, czym jest miłość Boga ku nam, aby zrozumieć jaką powinna być miłość nasza ku Niemu. Miłość Boga ku nam jest:

a)      wieczna: „Miłością wieczną umiłowałem Cię”;

b)      bezinteresowna, gdyż sam sobie zupełnie wystarczając, miłuje nas po to tylko, by nam dobrze czynić;

c)      wspaniałomyślna, gdyż oddaje się nam całkowicie, obierając sobie, jak przyjaciel, mieszkanie w duszy naszej;

d)     uprzedzająca, nie tylko bowiem On pierwszy nas umiłował, lecz ubiega się o naszą miłość, żebrze jej, jak gdyby nas potrzebował: „Kochanie moje być z synami człowieczymi … Daj mi synu serce twoje”. Któżby nawet marzyć mógł o podobnej delikatności uczuć?

Powinniśmy więc na miłość tę odpowiedzieć miłością możliwie najdoskonalszą: Sic nos amantem quis non redamaret?

a). A ta miłość nasza ku Bogu powinna ciągle wzrastać. Ponieważ nie mogliśmy miłować Boga od wieków i nie możemy nigdy umiłować Go tak, jak na to zasługuje, powinniśmy więc przynajmniej miłować Go z każdym dniem coraz więcej, nie stawiając sercu swemu żadnych granic, nie odmawiając Bogu żadnej ofiary, której od nas zażąda i starając się zawsze przypodobać Mu: „Ja, co się Mu podoba, zawsze czynię”.

b). Powinna też być wspaniałomyślna i ofiarować się w pobożnych uczuciach, często powtarzanych aktach strzelistych i w bardzo prostych aktach strzelistych, np. Miłuję Cię z całego serca; prócz tego przez akty całkowitego oddania się.

c). Powinna być wreszcie bezinteresowna. Miłujemy więc bardziej Boga samego niż Jego dary. Dlatego miłować Go będziemy w czasie oschłości jak pociechy, powtarzając raz po raz, iż chcemy miłować Go i miłować Go dla niego samego. W taki to sposób starać się będziemy, mimo nieudolności naszej, na przyjaźń Jego odpowiedzieć.

 Miłość Boga

Miłość jest zbiorem wszystkich cnót, ona ozłaca wszystkie nasze czyny i sprawia, że wszystko, dzięki tejże miłości jest przyjemne, lekkie i słodkie. Czego to nie potrafi dokonać miłość w życiu wewnętrznym, widzimy na przykładzie miłości przyjaciela do przyjaciela, matki względem dziecka, oblubieńca do oblubienicy.

Św. Jan wspomina: „Synaczkowie moi nie miłujmy słowem, ani językiem, ale uczynkiem i prawdą” (Jan 7,18). Ten zaś czyn objawia się zewnętrznie we wzajemnym udzielaniu sobie dóbr. Dlatego kochająca osoba chętnie obsypuje podarunkami osobę ukochaną, w nich dając dowód swojej miłości.

I. Pierwsza pobudka:

Bóg jest naszym największym dobroczyńcą. Bóg obsypuje nas dobrodziejstwami swymi; dobrodziejstwa przyrodzone: ciało i dusza, zdrowie i używanie zmysłów, rodzice i dobrodzieje, powszechne i szczególne dobrodziejstwa. A dobrodziejstw tych użycza nam Bóg już od dziesiątek lat, codziennie, z godziny na godzinę: „Cóż masz, czegobyś nie wziął?” (1Kor. 4,7)

Przejdźmy do dobrodziejstw porządku nadprzyrodzonego, łaski – do odkupienia przez mękę i śmierć – że przyszedłeś na ziemię po przyjściu Chrystusa, nie wśród pogan i innowierców. Dobrodziejstwa wiary, Kościoła, Sakramentów św.

Chrystus przyjął ciebie przez łaskę uświęcającą do godności dzieci Bożych. Ciałem swoim w Komunii Św. żywi ciebie – przypomnij sobie wszystkie swoje odpuszczone grzechy – tyle środków łaski, towarzyszących ci od chwili urodzenia. Wobec tysięcy innych ludzi okazał się Bóg tak hojnym, jak względem mnie.

Życie przyszłe dobrodziejstwo nieba. Czego to On nie jest gotów dać mi? Siebie samego wraz z całym swoim Majestatem. „Ja będę nagrodą twoją zbytnio wielką” (Mojż. 15,5). „Cóż oddam Panu za wszystko co mi dobrze uczynił?” (Ps. 115,12). Jeżeli ubogi, żebrak, już za kilka groszy miłuje swych dobroczyńców.

Miłość powinna objawiać się w czynach. Cóż ja dać Panu mogę? Wszystko co posiadam, należy już i tak bezwzględnie do Niego. Ale oto jak dobry jest Pan: z upodobaniem przyjmuje jako podarunek to, co jest już Jego własnością, jeżeli składamy Mu to w duchu ofiary.

Zatem muszę okazać Panu swą miłość przez poświęcenie się Jemu. Sercem ochotnym i radosnym muszę powiedzieć: Weź, Panie, całą moją wolność, mój rozum i wolę. Wszystko co mam ofiaruję tobie. Daj mi tylko miłość swoją i łaskę, bo to mi wystarczy!

II. Druga pobudka.

Bóg w miłości swojej chce być blisko mnie wszędzie. Miłość przejawia się w tym, że osoba miłująca chętnie przebywa w towarzystwie osoby umiłowanej; stąd częste miłe odwiedziny! A w jaki sposób Bóg spełnia ten nakaz miłości? On jest wszędzie blisko nas, rozdzielając dobrodziejstwa w całej naturze. Ażeby być jeszcze bliżej nas, zstąpił z nieba. „A Słowo stało się Ciałem i mieszkało między nami” (Jan 1,14).

Celem uwiecznienia tych odwiedzin, wymyślił Przenajświętszy Sakrament Ołtarza. Jest dzień i noc. Jeśli zaś nie możemy przyjść do Niego, to On pozwala nieść siebie do nas. Duch Święty stwarza w nas świątynię Jego. „Nie wiecie – żeście Kościołem Bożym, a Duch Boży mieszka w was?” (1Kor. 3,16).

Jezus w swej miłości pragnie nas mieć zawsze przy sobie: „Ojcze, któreś mi dał, chcę, aby gdziem Ja jest i oni byli ze Mną” (Jan 17,24). Okażmy więc miłość naszą Bogu stałą pamięcią o Nim, podobnie jak dziecię, które na obczyźnie z radością wspomina swoich ukochanych rodziców. Dowodem naszej miłości niech będą odwiedziny Najświętszego Sakramentu. Odwiedziny Boga są bardzo zbawienne dla nas.

III. Trzecia pobudka.

Oznaką miłości, są nie tylko podarunki i odwiedziny, ale przede wszystkim czyny. Miłość matki względem dziecka objawia się w pracy matki dla dziecka, w czuwaniach w czasie choroby, w tylu nocach bezsennych, spędzonych przy nim, w odmawianiu sobie samej wszystkiego, w cierpieniach od wczesnego rana do późna w noc.

Tak i Bóg miłość swoją ku nas objawia, kiedy dla nas, około nas i w nas jest czynny. W naturze daje wzrost i urodzaje. Zapala słońce aby świeciło i ogrzewało nas. On utrzymuje wszechświat i prowadzi wszystko, by było na nasze usługi. Syn Boży za nas pracował, za nas złożył bolesną ofiarę, aby wysłużyć nam zbawienie.

Św. Bernard: „Nie z taką łatwością podniósł mnie Bóg z upadku mojego, z jaką mnie stworzył”. Ten, który jednym słowem mnie stworzył, ażeby mnie odkupić, musiał srodze się nacierpieć i upokorzyć. Choćbym i tysiące razy ofiarował siebie, to czym jestem wobec Boga? Muszę miłość swoją stwierdzić czynami, że dla Boga pracuję i cierpię. „Choć tedy jecie, choć pijecie, Choć co innego czynicie, wszystko ku chwale Boże czyńcie” (1Kor. 10,31).

IV. Czwarta pobudka.

Bóg sam w sobie jest nieskończenie godzien miłości. Często tylko cień piękności, zaledwo tylko kropla doskonałości, jaka jest w stworzeniach, już pociąga serce nasze i rozpromienia. Powab stworzenia jest tylko słabym promykiem, kropelką piękności Majestatu Boga.

Kiedy staną przed tobą stworzenia i wdziękiem pociągać będą ku sobie i przykuwać, zawołaj do nich: Byłbym głupcem, skoro mogę mieć pełnię wszelkiej piękności. Stworzenia z całą swoją pięknością, muszą być dla mnie tylko drogą do Boga, muszą mi przypominać: kochaj Boga!

Do Boga winno należeć całe moje serce. Św. Augustyn: „Niebo i ziemia i wszystko co znajduje się na wszechokręgu ziemi wołają na mnie zewsząd, żebym kochał Ciebie o Boże! Gdy rozważę, że ta nieskończenie piękna Istota pamięta o mnie – nie tylko o mnie myśli, ale także na mnie spogląda – miłuje mnie i pragnie mojej miłości, że cieszy się gdy ją kocham; to do jakiego stopnia wtedy powinno serce nasze rozgrzewać się, jak bardzo powinniśmy czuć się zniewolonymi do spełnienia wszystkich Jego życzeń. A olśnieni Jego pięknością, zanurzyć się w miłości, miłować Go całym naszym sercem, z całej naszej duszy, ze wszystkich sił, jak On sam to nakazał (Mk  12,30).

Zanośmy piękną prośbę św. Augustyna: Noverim te, noverim me, ut te amem et me comtemnam. „Obym poznał Ciebie, obym poznał i siebie, by Ciebie kochać, a sobą gardzić”.

 Cnota męstwa

Akty tej cnoty sprowadzić się dają do dwóch głównych: do przedsiębrania i znoszenia rzeczy trudnych …

a). Męstwo polega najpierw na przedsiębraniu i wykonywaniu rzeczy trudnych, liczne bowiem znajdują się na drodze cnoty i doskonałości przeszkody, trudne do zwalczania i nieustannie się ponawiające. Trzeba więc nie bać się ich, owszem nawet iść naprzeciwko ich, zdobywać się mężnie na wysiłki niezbędne, by je przezwyciężyć; jest to pierwszy akt cnoty męstwa. Taki akt męstwa wymaga:

1)      stanowczości, by szybko decydować się na spełnienie obowiązku za wszelką cenę,

2)      odwagi i wspaniałomyślności, by wobec trudności zdobywać się na wysiłki tym większe, im większe trudności,

3)      wytrwałości, by do końca nie ustawać w wysiłkach, mimo uporczywości wroga i ponawianych przezeń napaści.

b). Lecz trzeba także umieć znosić dla Boga liczne i ciężkie próby, jakie nam zsyła, a więc cierpienie, choroby, szyderstwa i oszczerstwa, których stajemy się ofiarą. Jest to rzecz nieraz trudniejsza niż samo działanie: Sustinere difficilius est quam aggredi, powiada św. Tomasz. Początkujący walczą mężnie z różnego rodzaju obawami, które stają na przeszkodzie w spełnianiu obowiązku: walczą z obawą zmęczenia i niebezpieczeństwa.

Pamiętają, że człowiek posiada dobra cenniejsze niż majątek, zdrowie dobrą sławę i życie, a mianowicie dobre łaski, które same w sobie są tylko przedsmakiem wiekuistej szczęśliwości. Wyciągają stąd wniosek, że trzeba dobra doczesne poświęcić wspaniałomyślnie celem zdobycia dóbr niezniszczalnych.

Walczą z obawą krytyki lub szyderstwa, czyli innymi słowy ze względem ludzkim, skłaniającym nas do zaniedbywania obowiązków ze strachu przed sądem nieprzychylnym, który o nas wydadzą. Przed szyderstwem, które cierpieć wypadnie, przed pogróżkami, przed zniewagami i niesprawiedliwością, której staniemy się ofiarą.

Walczą z obawą przed niezadowoleniem przyjaciół: bywa ona straszniejsza niekiedy od obawy narażenia się na zemstę wrogów. A przecież pamiętać trzeba, iż lepiej podobać się Bogu niż ludziom; że ci którzy nam przeszkadzają spełnić nasze obowiązki w całości, to poprostu fałszywi przyjaciele; że chcieć się podobać takim przyjaciołom, to narażać się na utratę szacunku i przyjaźni Pana naszego Jezusa Chrystusa: „Jeślibym się jeszcze ludziom podobał, nie byłbym sługą Chrystusowym”.

Dusze postępujące ćwiczą się w cnocie męstwa ze strony pozytywnej, usiłując naśladować moc duszy, której przykład dał nam Jezus Chrystus w życiu swoim. Dusze doskonałe nie samą tylko cnotę męstwa, lecz i dar męstwa pielęgnują. Trwają one w tym szlachetnym usposobieniu, by ciągle składać siebie Bogu w ofierze. Ponoszą męczeństwo na wolnym ogniu, polegające na wysiłku ustawicznie ponawianym, by wszystko czynić dla Boga i wszystko znosić dla chwały Jego.

 Cierpliwość.

Istota jej. Cierpliwość jest to cnota chrześcijańska, która sprawia, że z równowagą duszy, z miłości ku Bogu i w łączności z Jezusem Chrystusem, znosimy cierpienia fizyczne i moralne.

Każdy z nas dość ma cierpień w życiu by świętym zostać, byleby tylko umiał cierpieć mężnie i z pobudek nadprzyrodzonych; wielu jednak nie inaczej cierpi, jak tylko skarżąc się, złorzecząc.

Prawdziwą pobudką, która nami kierować powinna, jest poddanie się woli Bożej i by sobie w cierpieniu dopomóc, nadzieja zapłaty wiekuistej, która będzie uwieńczeniem naszej cierpliwości.

Najpotężniejszym jednak bodźcem, jest rozmyślanie o Jezusie cierpiącym i umierającym za nas. Jeśli On, będąc niewinnością samą, tak bohatersko znosił liczne udręki fizyczne i moralne i to z miłości ku nam, aby nas odkupić i uświęcić, czyż nie słuszne, ażebyśmy, będąc winni, będąc przez grzechy swoje przyczyną Jego męki, nie mieli wraz z Nim współpracować w dziele naszego oczyszczenia i uświęcenia? Zwłaszcza, że jeśli będziemy mieć udział w cierpieniach Jezusa, otrzymamy również uczestnictwo w Jego chwale?

Dusze szlachetne i wspaniałomyślne dodają jeszcze pobudkę apostolską: cierpią, by uzupełnić Mękę Zbawiciela i pracować w ten sposób nad odkupieniem dusz ludzkich. I tutaj tkwi tajemnica bohaterskiej cierpliwości świętych, ich miłości krzyża.

Stopnie cierpliwości odpowiadają trzem stopniom życia duchowego.

Na początku przyjmujemy cierpienie, jako pochodzące od Boga, bez szemrania i buntu, wsparci nadzieją dóbr niebieskich. Przyjmujemy je dla odpokutowania win naszych i oczyszczenia serca, by opanować nieporządne skłonności, a zwłaszcza smutek i przygnębienie. Przyjmujemy je mimo wstrętu naturalnego, a jeśli prosimy o oddalenie kielicha, to z dodatkiem, iż mimo wszystko, poddajemy się woli Bożej.

Na drugim stopniu przyjmujemy cierpienia z zapałem i stanowczością, w zjednoczeniu z Jezusem, żebyśmy jeszcze bardziej stali się podobnymi do Boskiego Wodza naszego. Chętnie więc przebiegamy z Nim bolesną drogę, którą On kroczył od żłóbka do Kalwarii, podziwiamy Go, chwalimy, miłujemy w każdym stanie boleści, przez który przeszedł. W ogołoceniu zupełnym, na które sam się skazał, zstępując na ziemię, w rezygnacji, której dał dowód w ubogim żłóbku, co Mu służył za kolebkę i w którym cierpiał bardziej jeszcze z powodu niewdzięczności ludzkiej, niż z powodu chłodnej pory roku.

Przebiegamy z Nim bolesne wygnanie, rzemieślniczą pracę Jego życia ukrytego, znoje, umęczenie i upokorzenie życia publicznego, a zwłaszcza cierpienia fizyczne i moralne długiej i bolesnej Męki.

Uzbrojeni myślą: „Gdy tedy Chrystus ucierpiał w ciele, i wy tą myślą się uzbrójcie”, czujemy się odważniejsi w obliczu cierpień czy smutku. Miłośnie rozciągamy się na krzyżu, przy boku Jezusa i z miłości ku Niemu: „z Chrystusem jestem przybity do krzyża”. Gdy cierpienie się wzmaga, spoglądamy z miłością i współczuciem na Jezusa i słyszymy, jak mówi do nas: „Błogosławieni, którzy płaczą … Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości”.

Nadzieja, że będziemy z Nim cieszyć się chwałą niebieską znośniejszymi czyni udręczenia, które dla Niego ponosimy: „Jeśli jednak współcierpimy, abyśmy też współ byli uwielbieni”. Niekiedy nawet za św. Pawłem dochodzimy do tego, że radujemy się z tych nędz i ucisków, wiedząc dobrze, iż cierpieć z Chrystusem to znaczy pocieszać Go i uzupełniać mękę Jego. To miłować Go doskonalej na ziemi i gotować się do radowania się tym większą miłością Jego przez całą wieczność: „Rad się tedy przechwalać będę w krewkościach moich , aby    we mnie mieszkała moc Chrystusa … nader obfituję weselem w każdym utrapieniu naszym”.

I to nas prowadzi na trzeci stopień, jest nim pragnienie i miłość cierpień dla Boga, którego chcemy w ten sposób uwielbić i dla dusz ludzkich nad uświęceniem których chcemy pracować. Ten właśnie stopień przystoi duszom doskonałym, a zwłaszcza apostolskim, zakonnikom, kapłanom i duszom wybranym.

To właśnie usposobienie ożywiało Chrystusa Pana, gdy z chwilą zejścia na ten świat oddał się na ofiarę. Dał temu usposobieniu wyraz, mówiąc, że pragnie otrzymać chrzest bolesny i krwawy: „Mam być chrztem ochrzczony: a jako jestem ściśniony, aż się wykona?”

Czy należy posunąć się dalej jeszcze, złożyć siebie Bogu w całkowitej ofierze i wyraźnie prosić Boga o cierpienia wyjątkowe, już to dla zadośćuczynienia chwale Bożej, już to na uproszenie jakiejś łaski szczególniejszej?

Byli święci to prawda, którzy tak czynili i dziś jeszcze napotkać można dusze szlachetne, do tego skłonne. Lecz nie byłoby rzeczą roztropną, prośby takie na ogół zalecać. Zbyt łatwo bowiem prowadzić mogą do złudzeń, pobudką ich zaś jest częstokroć nierozważny poryw szczodrobliwości, którego źródłem zarozumiałość.

Prośby te, powiada O. De Smedt, zanoszone bywają w chwilach gorliwości, objawiającej się na zewnętrz, a skoro czas tej gorliwości przeminie … dusza czuje się zbyt słabą, by wykonać akty heroiczne poddania się i przyjęcia wszystkiego od Boga, które tak dzielnie wykonała poprzednio w swej wyobraźni. Stąd ciężkie bardzo pokusy zniechęcenia, a nawet szemrania przeciw Boskiej Opatrzności …

Jest to źródło licznych trudności i kłopotów dla kierowników tych dusz”. Nie należy więc własnowolnie prosić o szczególniejsze cierpienia lub próby, a kto do tego pociąg odczuwa, niech się poradzi roztropnego kierownika i niech nic nie czyni bez jego zgody.

III. Sposoby nabycia lub udoskonalenia cnoty męstwa.

Tajemnica naszej siły tkwi w niedowierzaniu sobie samym i w bezwzględnej ufności w Bogu. Niezdolni sami z siebie uczynić cokolwiek dobrego w porządku nadprzyrodzonym bez pomocy łaski, uczestniczymy natomiast w mocy Bożej i jesteśmy niezwyciężeni, jeśli tylko pamiętamy o tym, by oprzeć się na Jezusie Chrystusie: „Kto mieszka we Mnie, a Ja w nim, ten wiele owocu przynosi … Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

I dlatego to właśnie pokorni są silnymi, gdy świadomość własnej słabości łączą z ufnością w Bogu. Chcąc skuteczniej przezwyciężyć trudności, dobrze jest przewidywać je, zaglądać im w oczy i uzbroić się przeciw nim w odwagę, nie przeceniając ich jednak i licząc na pomoc, której Bóg na pewno we właściwym czasie nie odmówi. Trudność przewidziana, jest już na wpół pokonana.

Nie należy wreszcie zapominać, iż nic nas tak nieustraszonymi nie czyni, jak miłość Boża: „Mocna jest jako śmierć miłość”. Jeśli miłość dodaje matce odwagi i dzielności, gdy ma stanąć w obronie dzieci, czegóż nie dokona miłość Boża, gdy głęboko zakorzeni się w duszy? Czyż nie ona to stworzyła męczenników, dziewice, misjonarzy, świętych?

Kiedy Paweł opowiada przez jakie przechodził próby, jakie znosił prześladowania i cierpienia, pytamy siebie, co też wśród tylu przeciwności dodawało mu odwagi. On sam daje na to odpowiedź: „Miłość Chrystusowa przyciska nas”. I dlatego to nie lęka się wcale o przyszłość, bo i któż mógłby oderwać go od miłości Chrystusowej?

„Któż tedy nas odłączy od miłości Chrystusowej?” I wylicza wszelkie rodzaje przykrości, jakie można przewidzieć, dodając, że „ani śmierć, ani żywot, ani Aniołowie … ani teraźniejsze rzeczy, ani przyszłe, ani moc, ani inne stworzenie, nie będzie mogło nas odłączyć od miłości Bożej, która jest w Chrystusie Jezusie Panu naszym”.

A co mówił św. Paweł, to każdy chrześcijanin powtórzyć może, byleby szczerze miłował Boga swego; wtedy uczestniczyć będzie w mocy samego Boga: „Boś Ty jest Bóg, moc moja”.

 Pokora

 Jej istota.

Pokora jest to cnota, której nie znali poganie; w ich rozumieniu pokora oznaczała coś podłego, godnego pogardy, niewolniczego lub haniebnego.

Inne już pojęcie mieli o niej Żydzi; oświeceni wiarą, lepsi wśród nich, sprawiedliwi i świadomi swej nicości i swej nędzy, przyjmowali cierpliwie doświadczenie, jako narzędzie pokuty za grzechy. Bóg wtedy zniżał się do nich, by im przyjść z pomocą.

Pokorę określić można jako: cnotę nadprzyrodzoną, która dając nam poznanie siebie samych, skłania nas do oceniania siebie według rzeczywistej naszej wartości, i dążenie do ukrycia i wzgardy.

Grzeszny stan nasz skazuje nas na upokorzenie. Sami z siebie w pewnym znaczeniu jesteśmy samym tylko grzechem, w grzechu bowiem zrodzeni, zachowujemy w sobie pożądliwość, która nas do grzechu pociąga. Wchodząc na świat, już jesteśmy splamieni zmazą pierworodną, z której samo tylko miłosierdzie Boże oczyścić nas może.

A ileż to grzechów uczynkowych popełniliśmy od chwili przebudzenia się naszego rozumu? Jeśliśmy popełnili jeden tylko grzech śmiertelny, jużeśmy z tego powodu zasłużyli na wiekuiste upokorzenie. Życie całe, spędzone w pokucie i upokorzeniu, nie wystarczyłoby na to, by go odpokutować.

Co więcej nawet po odrodzeniu nadprzyrodzonym pozostają w nas silne skłonności do grzechu, owszem do grzechów wszelkiego rodzaju, tak, że jeśliśmy nie popełnili wszystkich grzechów, to tylko jak świadczy św. Augustyn, łasce Boskiej mamy do zawdzięczenia.

W każdej chorobie, prześladowaniu, w poniżeniu, czy w innym utrapieniu, powinniśmy stanąć po stronie Boga, przeciw nam samym i przyznawać, że wolno Bogu posługiwać się wszelkim stworzeniem, by nas ukarać.

Taka jest więc dwojaka podstawa pokory. Będąc sami z siebie samą tylko nicością, powinniśmy umiłować zapomnienie i ukrycie: Nesciri, pro nihilo reputari. Będąc grzesznikami, zasługujemy na wszelką wzgardę i na wszelkie upokorzenia.

 Wzniosłość pokory.

Pokora uważana sama w sobie, jak uczy św. Tomasz, niższa jest od cnót Boskich, które za przedmiot bezpośredni mają Boga. Lecz jeśli na pokorę patrzymy jako na klucz otwierający nam skarby łaski, i jako na podstawę cnót, wtedy jest ona zdaniem świętych, jedną z cnót najbardziej wybitnych.

Jest ona kluczem otwierającym skarby łaski: „a pokornym łaskę dawa”. Wie bowiem Bóg, że dusza pokorna nie szuka upodobania w łaskach, których jej udziela, ani zadowolenia próżności, lecz przeciwnie, wszelką chwałę za nie do Boga odnosi, może więc napełnić ją obfitością łask swych, skoro przez to pomnaża się chwała Jego.

Jest ona również podstawą cnót wszystkich. Jeśli nie jest ich matką, to przynajmniej piastunką i to z dwojakiego punktu widzenia; po pierwsze, że bez niej nie ma gruntownej cnoty, po wtóre, że z nią wszystkie cnoty stają się głębsze i doskonalsze.

a). Podobnie jak pycha stanowi główną przeszkodę do wiary, tak również pewną jest rzeczą, że pokora czyni wiarę naszą bardziej rączą, łatwiejszą, silniejszą a nawet bardziej oświeconą: „Zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je maluczkim”.

b). To samo powiedzieć można o nadziei. Człowiek pyszny ufa sam sobie i zbytnio liczy na swe siły, nie myśli wcale o tym, by wzywać Boskiej pomocy. Człowiek pokorny przeciwnie, wszystką nadzieję swą pokłada w Bogu, gdyż sobie samemu nie dowierza.

Nadzieja ze swej strony czyni nas bardziej pokornymi, gdyż ukazuje nam, iż dobra niebieskie tak bardzo przewyższają nasze siły, że bez wszechpotężnej pomocy łaski nie zdołalibyśmy ich posiąść.

c). Wrogiem miłości jest samolubstwo. Toteż miłość Boża rośnie w duszy opróżnionej z samej siebie. Pogłębia też nawzajem pokorę, albowiem szczęśliwymi się czujemy, gdy możemy jakby zniknąć w obliczu Tego, którego miłujemy.

Tak więc powiedzieć można, że bez pokory nie ma gruntownej ani trwałej cnoty, a przeciwnie, przez nią wszystkie cnoty rosną w duszy i głębsze zapuszczają korzenie. Możemy więc zakończyć słowami św. Augustyna: „Chcesz być wielkim? Zaczynaj od najmniejszego. Chcesz pobudować wspaniały gmach? Pomyśl najpierw o fundamencie pokory”.

 Praktyka pokory.

Postępujący starają się naśladować pokorę Chrystusa Pana. Usiłują przyswoić sobie uczucia pokornego Jezusa. Tego właśnie naucza św. Paweł: „Albowiem to w sobie czujcie, co i w Chrystusie Jezusie. Który będąc w postaci Bożej … wyniszczył samego siebie…”

Należy więc często rozmyślać o przykładach pokory, które pozostawił nam Pan Jezus. W życiu skrytym w szczególniejszy sposób wykonywa pokorę unicestwienia.

a). Wykonywa ją jeszcze przed narodzeniem swym, zamykając się na dziewięć miesięcy w łonie Maryi, gdzie jak najzupełniej ukrył Boskie swe przymioty: „wyniszczył samego siebie”; poddając się rozkazowi Cezara: „wyszedł dekret od Cezara”; znosząc bez skargi odtrącenie, jakiego ofiarą stała się Matka Jego: „miejsca im nie było w gospodzie”; cierpiąc zwłaszcza z powodu niewdzięczności ludzi, którzy prawie nie myślą o tym, by Mu przygotować mieszkanie w swych sercach: „przyszedł do własności, a swoi Go nie przyjęli”.

b). Wykonywa ją przy narodzeniu, przychodząc w postaci ubogiego dziecięcia, owiniętego w pieluszki, złożonego w żłobie na odrobinie siana.

c). Wykonywa ją przy każdej sposobności po narodzeniu swoim; jak zwykłe dziecko zostaje obrzezany i wykupiony za cenę dwóch synogarlic; zmuszony jest uciekać do Egiptu, by uniknąć prześladowania Heroda, On, który jednym słowem mógł był w proch obrócić okrutnego tyrana.

d). A jakież unicestwienie w życiu nazaretańskim? Ukryty w galilejskiej wioszczynie, pomaga matce w zajęciach gospodarskich, jest uczniem w terminie i robotnikiem. On, Pan świata, spędza lat trzydzieści na posłuszeństwie: „był im poddany”. Łatwo wtedy pojąć okrzyk … „Oto ponownie, o Boże, wyjść nie mogę z podziwu! Przybądź pycho i zgiń na widok ten! Jezus syn cieśli. Co więcej Pan świata, staje się sługą ludzi: „Nie przyszedł, aby Mu służono, ale służyć”. Jednym słowem, sam o sobie zapominający, poświęca się nieustannie dla Boga i ludzi.

Przejawia się to jeszcze bardziej w życiu Jego cierpiącym, w którym wykonywa pokorę odrzucenia.

a). Stąd owe uczucia smutku, przygnębienia, wstrętu, których doznawał w ogrodzie oliwnym, widząc się obarczonym naszymi grzechami: „Począł się strachać i tęsknić sobie … Smutna jest dusza moja aż do śmierci”.

b). Stąd owe obelgi, którymi był zarzucony. Kiedy Herod obchodzi się z Nim, jak z szaleńcem, nie odpowiada ani słowa, nie czyni żadnego cudu w obronie swej czci. Ten lud, któremu tyle wyświadczył dobrego, przekłada nad Niego Barabasza.

Skazany niesprawiedliwie przez Piłata, milczy, daje się ubiczować, ukoronować cierniem, zlekceważyć, jak gdyby był królem na scenie w teatrze. Przyjmuje bez szemrania ciężki krzyż, który Mu kładą na ramiona, daje się ukrzyżować, nie rzekłszy ani słowa.

W życiu Jego eucharystycznym, powtarzają się te różnorodne przykłady pokory.

a). Jezus pozostaje w nim ukryty, bardziej nawet niż w żłóbku, bardziej niż na Kalwarii: Na krzyżu tylko bóstwo utajone było. Tu jednak człowieczeństwo również się ukryło”. On to udziela natchnień wszystkim misjonarzom, męczennikom, dziewicom, On ich umacnia i pociesza … I chce pozostać ukrytym, nesciri, pro nihilo reputari.

b). A iluż to obelg, ilu zniewag doznaje w sakramencie miłości, nie tylko od niedowiarków, którzy nie chcą w obecność Jego wierzyć, nie tylko od bezbożników znieważających najświętsze Jego Ciało, lecz nawet od chrześcijan, którzy wskutek słabości i podłości przyjmują komunię świętokradzko, nawet od dusz poświeconych Mu, które zapominają niekiedy o Nim, pozostawiają Go samego w przybytku: „Nie mogliście jednej godziny czuwać ze mną?” A zamiast skarżyć się, On tylko nieustannie powtarza: „Pójdźcie do Mnie wszyscy, którzy pracujecie i jesteście obciążeni, a ja was ochłodzę”.

Wobec bliźniego kierować się powinniśmy następującą zasadą: widzieć w nim te dary przyrodzone i nadprzyrodzone, które Bóg w nim złożył; podziwiać go bez zazdrości i  zawiści; a na wady jego rzucać zasłonę i uniewinniać je w miarę możności, przynajmniej wtedy, gdy się nie ma obowiązku ich poprawiać. W myśl tej zasady, trzeba radować się z cnót i powodzenia bliźniego, gdyż to wszystko służy do chwały Bożej: „Byle jeno wszelkim sposobem … Chrystus był opowiadany”.

Gdy spostrzeżemy, że bliźni nasz popełnił jakiś grzech, zamiast oburzać się, pomódlmy się raczej o jego nawrócenie i powiedzmy sobie z całą szczerością, że gdyby nie łaska Boża, bylibyśmy upadli w grzechy daleko jeszcze cięższe. To właśnie pozwala nam uważać siebie za niższych od drugich: „W pokorze jeden drugiego mając za wyższego nad siebie”.

Można bowiem zwracać uwagę przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, co jest dobrego w drugich, a co złego w nas. Św. Wincenty à Paulo taką uczniom swym dawał radę: „jeśli nie chcemy sobie schlebiać, przekonamy się, żeśmy nie tylko gorsi od innych ludzi, lecz do pewnego stopnia gorsi od szatanów w piekle; gdyby bowiem te nieszczęsne duchy miały do rozporządzenia takie łaski i środki, jakie nam są dane byśmy się stali lepszymi, korzystaliby z nich po tysiąc razy więcej niż my”.

Wobec siebie samego trzymać się trzeba następującej zasady: choć uznajemy to dobro, które w nas jest, aby za nie Bogu dziękować, powinniśmy wszakże szczególną uwagę zwracać na to, co w nas wadliwe, a więc na naszą nicość, naszą niezdolność, na nasze grzechy, aby się utrzymać stale w uczuciu upokorzenia i zawstydzenia. Z pomocą tej zasady łatwiej nam przyjdzie wykonywać pokorę, która rozciągać się powinna na całego człowieka; na jego rozum, na jego serce, na jego stronę zewnętrzną.

Pokora rozumu.

W używaniu talentów swych nie szukać wywyższenia i szacunku u drugich, lecz starać się pożytecznym być i drugim dobrze czynić. Zalecał to św. Wincenty à Paulo swym misjonarzom, dodając jeszcze: „Używać ich w inny sposób znaczyłoby przepowiadać siebie, nie zaś Chrystusa; a osoba, która głosi kazanie po to, by ją oklaskiwano, chwalono, szanowano, by o niej mówiono, osoba ta co czyni? …” Popełnia świętokradztwo, tak jest, świętokradztwo!

Pokora serca wymaga, by zamiast pragnąć chwały, zaszczytów i ubiegać się o nie, zadawalać się warunkami, w jakich się kto znajduje … Posuwa się dalej jeszcze: ukrywa mianowicie to wszystko, co by nam pozyskać mogło miłość i szacunek, pragnie zaś ostatniego miejsca wśród ludzi nie tylko w ich szeregach, lecz nawet w ich mniemaniu: „Usiądź na poślednim miejscu”. Pragnie nawet, by pamięć o nas całkowicie zaginęła na tym świecie.

Pokora zewnętrzna ma być tylko wyrazem usposobienia wewnętrznego, lecz można również powiedzieć, że zewnętrzne akty pokory wpływają na nasze usposobienie, aby je wzmocnić i pogłębić. Nie należy ich przeto zaniedbywać, lecz dodawać do nich rzeczywiste uczucia pokory, a tym samym jednocześnie z ciałem uniżać i duszę.

a). Ubogie mieszkanie, skromna odzież, nawpół zużyta i połatana, byleby schludna, skłaniają do pokory.

b). Skromne i pokorne ułożenie, takiż chód, wyraz twarzy, sposób postępowania, lecz bez przesady, pomagają do wykonywania pokory; proste życie, jako to praca ręczna, naprawianie ubrań, do podobnych wyników prowadzą.

c). To samo powiedzieć można o powolności okazywanej osobom drugim, o oznakach uprzejmości i grzeczności.

d). W czasie rozmowy pokora skłania nas do tego, by pozwolić drugim mówić o tym, co ich zajmuje, samemu zaś mówić mało. Nie daje nam zwłaszcza mówić o sobie i o tym wszystkim, co się odnosi do naszego ja.

 Pokora

 

  1. Pokora dziedzictwo wszystkich wielkich duchów. Dla św. Jana pokora jest pierwszorzędną córką miłości i światła. Dla św. Teresy jest prawą.
  2. Każda dusza, rozgrzana choć cokolwiek płomieniem miłości dla tego, co Boskie – uważa za drobiazg cokolwiek dla Boga zrobiła i zawsze się wielką dłużniczką Pańską wyznaje. To jest naturalny skutek doskonałej miłości. Z tej miłości doskonałej, z głębokiego rozważania kim jest Bóg i czym jest ona sama i jak małe są jej dzieła, pochodzi w duszy uczucie unicestwienia przed Bogiem i niezmiernie małej wartości prac swoich i siebie.
  3. Teresa od Jezusa: „Zastanawiałam się pewnego dnia, dlaczego Pan nasz Jezus Chrystus jest takim przyjacielem pokory i nagle, bez mojego namysłu – nasunęła mi się ta przyczyna, że: Bóg jest najwyższą prawdą, a pokora jest to życie w prawdzie.

Wielką zaś jest prawdą, że sami z siebie jesteśmy jeno nędzą i nicością. Kto tego nie zrozumie, w kłamstwie żyć będzie. Dusza, która osiągnęła pewien stopień modlitwy, wyraża się święta: „Widzi jasno zupełną niegodność swoją: jak w komnacie słońcem zalanej, żadna pajęczyna się nie ukryje, tak i ona nędzę swoją dostrzega”.

Według tej wielkiej Mistrzyni, aby dusza była naprawdę pokorna, potrzeba jej przede wszystkim światła – im więcej tym lepiej. Niechaj poznane będą wszelkie poufne, tajemne nasze zakątki duchowe. Niechaj się rozprostują i położą przed oczy sumienia, wszystkie załamania i zagięcia serca; a z pewnością wiele znajdziemy przyczyn, aby się poczuć upokorzonymi przed Bogiem i przed sobą. Pełni tysięcznych skaz jesteśmy wszyscy.

 

  1. Nie wszystko jednak, co w człowieku jest – jest złe. Badając się, może powoli znajdziemy w sobie trochę zalet natury lub łaski. Prawdziwa pokora nie żąda, by o nich nie wiedzieć, albo je zapoznawać. …Rzecz jasna, że tym więcej kochamy osobę, której dobrodziejstw nam wyświadczonych więcej przypomnieć możemy. Pobudza i zniewala do miłości. Im głębsze poznanie i prawdziwsze – tym głębsza i szczersza będzie pokora nasza.

Nasz wzrok, wspomożony subtelnymi narzędziami optycznymi, odnajduje liczne mikroby w naczyńku wody, co nam się zda całkiem czysta, a w jednym punkcie firmamentu, który się zdaje pustkowiem opuszczonym, oglądamy tysiące gwiazd, o dziwnym pięknie i wspaniałości. „Pokora jest chodzeniem w prawdzie”. Oto w paru słowach zawarte wszystko, co powiedzieć można.

 

  1. Że pokora jest prawdą, to myśl piękna i rzeczywista. Przez nią rozwiewają się fałszywe pokory nieuków, nikną nieśmiałości lękliwych i wszystkie udawania serc nieszczerych.
  2. Z pism św. Teresy: „Jeżeli więc chcecie, siostry, aby mocny i dobry był wasz fundament, niech każda stara się być najmniejszą ze wszystkich i niewolnicą wszystkich, pilnie patrząc, jak i czym można im wygodzić i posłuzyć. Cokolwiek zrobicie więcej, to dla siebie samych, niźli dla nich uczynicie, kładąc kamienie trwałe w fundament, aby się twierdza wasza nie zawaliła”.

Św. Teresa w książce pt. „Droga doskonałości”, mówi, że cała doskonałość zakonna polega tylko na trzech rzeczach, które najgoręcej poleca: „Pierwsza z nich, miłość jednych ku drugim; druga, zupełne oderwanie się od wszystkiego stworzonego i trzecia, pokora prawdziwa. I choć ją na końcu kładę, przecież główną jest i tamte sobą obejmuje”.

  Pokora

Św. Jan Klimak opowiada, że pewien bogaty mieszkaniec Aleksandrii, człowiek nadzwyczaj dumny i nadęty próżnością tego świata, wstąpił do klasztoru. Przełożony poznał ie od razu na pysze i dumie kandydata. Postanowił więc poddać go najpierw upokorzeniom, aby go przez nie wprowadzić na bezpieczną drogę pokory.

Wezwał go więc do siebie, i rzekł głosem stanowczym: Jeśli chcesz być zakonnikiem, to idź do furty klasztornej, upadaj do nóg wszystkim wchodzącym i wychodzącym i proś ich, aby się za ciebie modlili do Boga, bo jesteś wielkim grzesznikiem!… Niby grom z jasnego nieba spadły te słowa na dumnego przybysza.

Jak miecz obosieczny rozdziera serce, tak ten rozkaz przełożonego rozdarł duszę kandydata. Ale cóż miał robić musiał rozkaz wykonać. Udał się więc do bramy klasztornej i z największym zaparciem siebie czynił to, co mu przełożony nakazał … Przez długich siedem lat, dzień po dniu padał do nóg wchodzącym i wychodzącym z klasztoru zakonnikom i prosił ich o modlitwę.

Przez siedem lat trwał w tym ćwiczeniu i nie bez skutku. Nabył bowiem tak głębokiej pokory, że kiedy po siedmiu latach chciał go przełożony uwolnić od tej pokuty, wprowadzić do towarzystwa zakonników, a nawet wyświęcić na kapłana, on uważał się niegodnym tej łaski. On przedtem dumny i gardzący innymi, teraz nie śmiał ani oczu podnieść na kapłanów klasztoru …

Za wstawieniem się wielu mnichów i samego św. Jana Klimaka, uprosił sobie u przełożonego, że zostawił go na tym samym stanowisku, w którym dotychczas pozostawał … Po dziesięciu dniach wziął go Pan do siebie.. On zaś w siódmym dniu od śmierci swojej zabrał za sobą furtiana tego klasztoru. Obiecał mu bowiem za życia, że jeśli po śmierci będzie miał jakie znaczenie u Boga, to mu uprosi, aby był w krótkim czasie jego towarzyszem w niebie.

Przewodnik Katolicki nr 31 z 1931 roku, podał piękny gest szlachetnego młodzieńca – harcerza. W rzece Wilii w pobliżu Wilejki podczas kąpieli poczęli tonąć dwaj chłopcy i trzy dziewczynki. Trzecia porwana prądem rzeki utonęła. Chłopców ocalił żołnierz z korpusu pogranicznego. Na krzyk tonących pospieszył z pomocą harcerz, który bawił niedaleko w obozie letnim. Młodzieniec wyratował dwie dziewczynki. Bohaterski harcerz pytany o nazwisko – nie wyjawił go.

Chcąc wyćwiczyć się w cnocie pokory, musimy postawić sobie za zasadę: Nie czynić nic dla oka ludzkiego; wszystko spełniać dla Boga; według możliwości taić swoje dobre uczynki, by nie wiedziała lewica, co czyni prawica.

Pierwszych czasów zakonu franciszkańskiego zdarzyło się dnia pewnego, że przyszedł do bramy klasztoru w Porcjunkuli młodzieniec piękny, zdający się być wędrowcem. Przybyły pukał tak niecierpliwie, mocno i długo, że bracia zdziwili się wielce. Wyszedł brat Maciej, otworzył bramę i rzekł do młodzieńca: Skąd przybywasz synu? Zdaje się, że tu jeszcze nigdy nie byłeś, bowiem pukasz niezwykle …

Odrzekł młodzian: Jakże pukać należy? … Rzekł brat Maciej: Pukaj trzykrotnie, raz po raz w odstępach, potem czekaj, póki brat nie odmówi Ojcze nasz i nie wyjdzie do ciebie. Jeśliby pod ten czas nie przyszedł, zapukaj po raz wtóry. Odrzekł młodzian: Spieszno mi bardzo, przeto pukałem tak silnie. Czeka mnie bowiem długa jeszcze droga, a przyszedłem mówić z przełożonym, wiem bowiem, że wielce jest mądry …

Poszedł brat Maciej do generalnego wikarego – Eliasza i powiedział mu, by wyszedł do bramy klasztornej. Lecz ten oburzył się tylko mocno i nie chciał iść. Dopiero na powtórne pukanie anioła, bo nim to był ów młodzieniec, wyszedł brat Eliasz z gniewem wielkim, otwarł bramę z rozmachem i hałasem i rzekł szorstko: Czego chcesz ode mnie? … A kiedy młodzian zadał Eliaszowi dwa pytania, wtedy on odparł z pychą: Wiem to dobrze, lecz nie chce mi się tobie odpowiadać. Po tych słowach zatrzasnął drzwi i odszedł.

Takie hałaśliwe, niegrzeczne zachowanie się wobec bliźniego nie świadczy o pokorze, ale o zarozumiałości i pysze, która dla bliźnich ma w sercu swoim tylko lekceważenie i pogardę. Pogarda w jakiejkolwiek formie występowałaby, jest zawsze brzydką wadą. Potępia ją Pan Jezus w Ewangelii św. i potępia ją nasza reguła seraficka, gdy mówi, by bracia nie gardzili ani sądzili ludzi odzianych w suknie miękkie i barwne, lecz każdy niech raczej samego siebie sądzi i gardzi samym sobą.

Do opata Serafina przyszedł raz pewien mnich, który w odzieniu, gestach i słowach pokazywał po sobie wielką pokorę i pogardę samego siebie. Wciąż o sobie źle mówił. Twierdził, że jest tak wielkim grzesznikiem, że nie wart oddychać tym powietrzem, którym drudzy oddychają. Na zaproszenie by usiadł, nie chciał usiąść, jak tylko na ziemi …

Po obiedzie według zwyczaju rozpoczęto rozmowę o rzeczach duchownych. Między innymi zwrócił święty opat przybyszowi uwagę bardzo łagodnie i z wielką miłością, aby będąc jeszcze młodym i silnym, zamiast wałęsać się po pustelniach, raczej siedział w celi i pracą rąk swoich zarabiał na utrzymanie według przepisów reguły.

Przybyły zakonnik tak bardzo rozgniewał się na to upomnienie, że nie mógł tego ukryć, ale na zewnątrz pokazał swoje niezadowolenie. Wtedy rzekł doń świątobliwy opat: Cóż to mój synu, wciąż źle o sobie mówiłeś, a teraz jedno upomnienie tak cię rozgniewało, że nie mogłeś ukryć oburzenia?! Nie posiadł jeszcze ów mnich prawdziwej pokory.

Św. Jan Klimak mówi: Nie ten jest pokorny, który sam siebie … poniża i mówi źle o sobie, ale ten, który ze spokojem i radością znosi poniżenia od drugich.

Pokora to miłość największa Jezusa (III stopień)

Miłość, która świadoma swej niegodności pragnie nie mieć lepiej jak miał Boski Zbawiciel.

Pytanie: czy ja niczego szukać nie mam, jak tylko krzyża, ofiar, upokorzeń?

Odpowiedź:

  1. Jeżeli Bogu większej przysporzę chwały przez moje upokorzenie wtedy chcę być upokorzon, wtedy odważnie zdobywam się na ofiarę. Uzasadnienie tego stanowiska w Ewangeliach św. i listach św. Pawła. Mamy przejąć się usposobieniem Pana Jezusa, mamy naśladować Jezusa, który dał samego siebie, aby nas wykupić! (Tyt. 2,14)

Pan Jezus mógł nas odkupić chwałą, obrał krzyż – upokorzenie. Celem naszego życia: maior gloria Dei.

A). Jeżeli większą chwałę dam Bogu przez moje upokorzenie niż przez moje szczęście, wtedy wybieram: krzyż, upokorzenie, choćby to kosztować miało życie moje, ja spełniłem mój cel! Co mówi Zbawiciel: „Jeśli ja sam siebie chwalę, niczym jest chwała moja. Jest Ojciec mój, który mnie uwielbia” (Jan 1,54). I ja szukać będę tylko chwały Tego, który mnie posłał. Omnia ad maiorem Dei gloriam! Miarą naszą – maior gloria Dei, bez tej miary nie postąpię ani kroku naprzód.

A więc: czy mam wybrać upokorzenie, krzyż?

Tak, jeśli i o ile to służy dla większej chwały Bożej. Np. Gdyby Bóg chciał, ażeby trawiła mnie długoletnia choroba i ja przez to leżenie w łóżku większej Bogu przyspieszę chwały, wtedy z radością kładę się na łoże boleści. Ale jak to stwierdzić, w czym miększa chwała Boża?

  1. Rozkaz przełożonych.
  2. Przełożeni pytają mnie, czy to czy owo zajęcie nie jest za trudne, za ryzykowne dla mojego zdrowia. Co wtedy robić?

a)      modlić się o światło, zawsze pod uwagę biorąc III stopień pokory,

b)      wybrać to, co po rzetelnym i szczerym rozróżnieniu uważam za maior gloria Dei, znosić cierpliwie nagany, upośledzenia, upokorzenia.

  1. Starajmy się o to, byśmy wszystko co czynimy, czynimy jak najlepiej: „We wszystkich sprawach twoich miej sam zwierzchność” (Ekl. 33,23).
  2. Z całą pilnością przyłóżmy się do wiernego naśladowania Chrystusa.
  3. Oczyszczajmy swoje intencje, ażeby uniknąć nagany: „ Wszystko co w ich jest szukają, nie, co jest Jezusa Chrystusa” (Fil. 2,21).