Historia powołania

Posted on Nov 12, 2012

Historia powołania

Sto razy więcej i życie wieczne

 Odkąd tylko pamiętam lubiłam się modlić. Najlepiej wychodziło mi to, gdy byłam sama, pasąc krowy, leżąc w trawie na łące lub siedząc wysoko na drzewie. Nie zapomnę też, jak wygłaszałam kazania dla krów. Jako mała dziewczynka wraz z moimi kuzynkami modliłam się z kolorowych modlitewników zrobionych ze starych gazet za dużą skrzynią naszej babci. Tam był nasz ołtarz. Nie brakowało też uroczystych procesji, do których włączałyśmy moich braci. Oni nosili monstrancję, a my za nimi śpiewałyśmy pobożne łacińskie pieśni nie rozumiejąc ani słowa. Dosyć często musiałyśmy grzebać nieżywe ptaki czy też króliki lub zajączki. Ileż płaczu i modlitw było przy tych okazjach. I tak Bóg przygotowywał mnie na Swoją służbę. Nie wiedziałam o tym przez wiele lat, bo niczym się nie wyróżniałam od moich koleżanek. Byłam zwyczajną prostą wiejską dziewczyną. Lubiłam się bawić i być z innymi, ale najbardziej lubiłam być sama. Gdy już zaczęłam szkołę średnią – pamiętam – moje koleżanki chodziły na wiejskie zabawy. Nigdy mnie tam nie ciągnęło. Lubiłam natomiast siadać przed domem i w ciszy wieczornej wsłuchiwałam się w muzykę i bicie mojego serca. Tęskniłam za czymś – sama nie wiedząc, za czym.

Nie myślałam o życiu zakonnym aż do pewnego dnia. To był mój drugi rok szkoły średniej. Do końca życia nie zapomnę, jak będąc w kościele parafialnym modliłam się o powołania kapłańskie    i zakonne wraz z innymi, ale dla kogoś – nie dla siebie. Wszyscy modliliśmy się w tej intencji.       W którymś dniu tych modlitw o powołania, nagle poczułam w sercu, że to właśnie ja mam być zakonnicą. Nie ktoś, ale ja, naprawdę ja. Nie mogłam uwierzyć. Wydawało mi się, że to jakaś straszliwa pomyłka. Panie, to niemożliwe, mówiłam. Wszyscy, ale nie ja. A jednak, nie było to złudzenie, bo w jednej chwili zrozumiałam, że to Pan i że to właśnie ja mam zostawić wszystko i pójść za Nim. Stało się to w kościele, podczas wspólnej modlitwy moich parafian. Ogromna radość, uczucie niezwykłego wybrania i wyróżnienia, a zarazem niepokój i niepewność – wszystko na raz. Ten moment zmienił całkowicie moje życie. Po zakończonym nabożeństwie do Matki Bożej zostałam sama w kościele i wyszłam ostatnia. Coś się stało w moim sercu. Już nigdy więcej nie byłam tą zwykłą myślącą o pielęgniarstwie dziewczyną. Zaczęłam marzyć o życiu wyłącznie dla Boga i to gdzieś w ukrytym klasztorze, z dala od rodziny i wszystkich znajomych. Nie miałam pojęcia o życiu zakonnym. To tylko moja wyobraźnia zaczęła pracować i malować moje niezwykłe i pełne przygód życie. Nigdy nie miałam okazji, by rozmawiać z siostrami zakonnymi.  Widywałam, co prawda z daleka, dwie zakonnice w miasteczku, gdzie chodziłam do liceum, ale one mi w niczym nie imponowały. Po prostu były.

Zaczęły się dni pełne udręk i niepewności. W jednym dniu byłam pewna, że to właśnie Pan mnie powołał, następnego zaś zalewały mnie fale niepewności i przekonanie, że to ułuda i mój wymysł. Tak trwało prawie przez cały rok trzeciej klasy licealnej. Nie mogłam się skupić na nauce, ciągle myślałam, co mam robić i co dalej. Zaczęłam szukać pomocy u naszego księdza. Pamiętam, jak podczas spowiedzi wyznałam z trudem, że mam takie klasztorne myśli. Ksiądz wysłuchał, a ponieważ znał mnie trochę, powiedział krótko „ty się nie nadajesz do klasztoru, wybij to sobie z głowy”. Odeszłam od konfesjonału przekonana głęboko, że to właśnie ja nadaję się do zakonu. Jakby na przekór wszystkiemu słyszałam wewnętrzny głos potwierdzający moje odczucia. To był Pan pukający do mego serca i duszy, i wołający, aby należeć tylko do Niego. Znowu udręka. Ponowne pójcie do tego samego księdza, do konfesjonału, ale już z innym nastawieniem. To nie była szukanie potwierdzenia mojego powołania, ale konkretne plany wyboru klasztoru. I tu byłam całkowicie zgubiona. Nie znałam żadnego. Potrzebowałam pomocy. Ksiądz zaczął wyliczać najrozmaitsze nazwy zgromadzeń zakonnych, a ja za każdym razem mówiłam „to nie to”. Wreszcie, zdenerwowany ksiądz powiedział, to, czego ty szukasz? Sama nie wiem, dlaczego, ale zapytałam, czy ksiądz zna jakieś misjonarki? Nigdy nie słyszał o kobietach misjonarkach. Ja też nie. Po chwili powiedział: „wiesz, wyjeżdżam w teren i może coś ci przywiozę”.

Po kilku dniach ksiądz mnie woła i daje mi kartkę z adresem Sióstr Misjonarek pod Poznaniem.    W momencie spojrzenia na adres wiedziałam, że to jest to – właśnie to. Mój dom i moje siostry.

Najgorsze się zaczęło. Byłam niepełnoletnia, jeszcze klasa maturalna, a ja muszę już iść przed zdaniem matury. Nie mogę zwlekać, po prostu muszę, bo inaczej oszaleję. Coś mnie tak strasznie ciągnęło do klasztoru. Wiedziałam, że nadszedł czas ujawnienia mojej tajemnicy. Wybrałam tatę, bo mama już miała dla mnie męża i plany, że przy mnie dokończy swojego żywota.

Dotychczas nie rozmawiałam z tatą na żadne poważniejsze tematy. Tym razem musiałam powiedzieć, co planuję i pokornie poprosić o pisemne pozwolenie na pójście do klasztoru. Potrzebowałam podpis mamy i taty, bo tak wymagała przełożona Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii.

Gdy zebrałam swoje siły i odwagę, stanęłam przed tatą. Powiedziałam po prostu, że chcę iść do klasztoru i to już za niedługo. Tato spojrzał na mnie i zapytał: A czy ty wiesz, co to jest życie zakonne? Wiem, odpowiedziałam – nie wiedząc nic. A czy wiesz, że to na zawsze? Odpowiedziałam, że tak. Tato odpowiedział, że nie ma sprawy. Została jeszcze mama. Tego bardzo się bałam. Tato powiedział, żebym się nie martwiła, bo on to załatwi.

Za parę dni zobaczyłam płaczącą mamę i od razu wiedziałam, co to oznacza. Mama nie odzywała się do mnie i wciąż płakała. Dom zamienił się w „piekło”. Wkrótce moi bracia też się dowiedzieli o moich planach i nie dali mi żyć. To była męka. Strasznie cierpiałam. Z jednej strony ciągnęło mnie do klasztoru, z drugiej strony wiedziałam, że przy pożegnaniu chyba serce mi pęknie. Robiłam wszystko, by mamę pocieszyć, ale to nie wychodziło. Byłam mocna w obecności rodziny, a w samotności wypłakiwałam oczy. Powoli wszyscy się uspokajali i mama robiła mi małą wyprawkę na odejście z domu. To było strasznie bolesne. Poza rodziną nikt nie wiedział o moich zamiarach. Byłam zupełnie sama.

Nadszedł dzień rozstania. Krótkie pożegnanie i wyruszyłam w nieznany i daleki dla mnie świat, bo aż do Poznania, na drugi kraniec Polski. Pociągiem miałam jechać całą noc. Nie chciałam nikogo, bo tę noc przeznaczyłam na opłakanie wszystkiego.

Następnego rana, w Poznaniu, po wielkich trudach znalazłam autobus jadący w kierunku Sióstr Misjonarek Chrystusa Króla dla Polonii. Od autobusu musiałam iść 4 kilometry pieszo i to kawałek przez las. Bałam się. Nie było żywej duszy. W sercu miałam lęk i radość, że nareszcie znajdę pokój serca i wypełnienie woli Bożej.

U celu drogi spodziewałam się wysokiego muru, wielkich i ciężkich drzwi, które odetną mnie od świata na zawsze. Byłam gotowa na wszystko. Jakże bardzo się zdziwiłam, gdy zobaczyłam niski mur, wielkie oszklone drzwi i na dodatek w drzwiach stała uśmiechnięta, piękna i młoda siostra. Z oddali dochodził mnie radosny śpiew i wesołe rozmowy. Byłam w szoku. To było za dużo. Tego się nie spodziewałam. I tak zaczęła się moja zakonna przygoda z Bogiem.

Pierwsze dwa tygodnie strasznie tęskniłam za rodziną. Nic i nikt nie był w stanie mnie pocieszyć. Wreszcie moja siostra mistrzyni wezwała mnie na rozmowę i powiedziała, „będziesz musiała wracać do domu, bo to chyba nie dla ciebie. Tu powinnaś być szczęśliwa, jeśli Jezus cię wzywa. Skoro tylko płaczesz, to nie jest to miejsce dla ciebie. Proszę się pakować”. To był decydujący moment, który raz na zawsze otarł moje łzy i zabrał tęsknotę.

W tym roku mija 40 lat od tamtego czasu i gdyby mnie zapytano czy jeszcze raz dokonałabym tego wyboru – śmiało i zdecydowanie odpowiadam, że tak.

Życie zakonne jest moim szczęściem i wszystkim. Nie raz śmieję się mówiąc, że zostałam stworzona, by być siostrą zakonną. Moim domem jest świat. Moją rodziną wszyscy mieszkańcy ziemi. W sposób szczególny bliscy mojemu sercu są Polacy – emigranci, bo codziennie polecam ich Bogu i proszę o łaski potrzebne do zbawienia.

Jako siostra zakonna żyję według trzech ślubów: czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Na pierwszym miejscu stawiam Jezusa, który wybrał mnie, abym swoje życie przeżyła razem z Nim. W ciągu czterdziestu pięciu lat życia zakonnego Jezus prowadził mnie po różnych drogach i poprzez różne doświadczenia. Jedno wiem, że niczym nie zasłużyłam na tak wielką łaskę i jestem Mu za to niezmiernie wdzięczna. Jezus powiedział:, „Kto opuści ojca i matkę … stokroć więcej otrzyma i życie wieczne”. Codziennie doświadczam tej Bożej hojności i naprawdę otrzymuję sto razy więcej.

Stąd moja codzienna modlitwa, aby Go nie zawieść, aby kochać coraz bardziej i być bliżej Jego Serca. To, że wciąż doświadczam swojej małości i grzeszności jest niczym wobec Jego nieskończonego miłosierdzia i miłości. Publicznie wyznaję, że moim Panem jest Jezus i że wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.

Niech ci, którzy czują w sercu głos Jezusa nie boją się zostawić wszystkiego i pójść za Nim, bo otrzymają sto razy więcej już tu na ziemi i życie wieczne.

Sr.  Barbara Kosińska
Misjonarka Chrystusa Króla dla Polonii